DLACZEGO WYDRA ZABIJA ?

Posted on Wrzesień 23, 2007

Od dwóch lat bywalcy miejskiego zalewu Floryda opowiadają o spustoszeniach w rybostanie jakie wyczyniają w tym akwenie wydry. Niedawno można było zauważyć prawie metrową tołpygę leżącą na brzegu z nadjedzonym ciałem. Sam też widziałem pływającego sporego szczupaka z nadszarpniętym grzbietem

Szczupak z nadszarpniętym grzbietem

Wieczorami kiedy brzegi pustoszeją, czasami widać jak ten przepiękny ssak bezszelestnie przepływa wzdłuż zalewu. Można też usłyszeć przenikliwe gwizdy nawołujących się zwierząt.

Wychodzi na to, że w okolicy zadomowił się kolejny łowca okazów. Cichy i skryty, bezszelestnie poruszający się między zastawionymi wędkami.

Wszystko by było do przyjęcia, gdyby upolowane rybki trafiały wzorem tutejszych wędkarzy, na wydrzańską patelnię. Ta jednak widząc nieudolność, a może niezaspokojony apetyt kolegów po kiju, często zostawia im największe okazy na brzegu. Takie to szczere zwierzątko, skore podzielić się swoją zdobyczą. Nie jest jednak świadome tego, że aby łowić rybki, trzeba mieć kartę wędkarską i rejestr połowów. Szczególnie ten drugi dokument jest istotny dla naszej Straży. Przecież organ nadzorujący legalność połowów musi mieć jakiś obraz tego co w wodzie i w siatkach. A jak tu sprawdzić taką wydrę, która największą aktywność przejawia właśnie w czasie zarybień? Jeszcze chwilę a zacznie się opowiadać dowcipy o dokarmianiu wydr karpiami wpuszczanymi w ramach zarybienia zbiornika.

Co skłania to jakby nie było sympatyczne i skore do zabawy zwierzątko, do czynów tak niecnych jak urządzanie rzezi w stawach zagospodarowanych przez ludzi?

Aby odpowiedzieć na to pytanie i jednocześnie przybliżyć trochę sylwetkę tego tajemniczego konkurenta wędkarza leżajskiego oraz jego zwyczaje, sięgnąłem po książkę Andrzeja Trepki „Zwierzęta polskich ziem” gdzie między innymi czytamy:

Wydra, z natury żerująca o różnych porach doby, na obszarach zagospodarowanych, przezornie opuszcza ukrycie dopiero gdy zapadną ciemności. Podziwiana za dnia w przeźroczystej wodzie, sprawia wprost nierealne wrażenie – dzięki oszałamiającej zwrotności i swojej gibkości przypominającą gumową zabawkę. Jej obłe wysmukłe ciało, długi wysklepiony grzbiet i silny ogon, tworzą wężowatą linię, która przypomina torpedokształtną sylwetkę fok, lecz znacznie od niej smuklejszą.

Całe zwierzą wygina się rytmicznie. Z podaną do przodu przypłaszczoną głową, w której mądre oczy błyszczą znad wspaniale nastroszonych sumiastych wąsów, z przednimi kończynami przywartymi do ciała – zwinny tułów o jedwabistej, jakby wypolerowanej sierści, która sprawia wrażenie nagiej, ciemno połyskującej skóry, napędzany sprężystymi ruchami tylnych nóg służących za wiosła oraz sterującego ogona, mknie gładko jak wąż i rączo jak najściglejsza ryba. Gdyby nie to, że jako ssak oddycha płucami, nie umknęłaby jej żadna zdobycz. Ryba wypatrzona przez wydrę tuż po zanurkowaniu prawie nigdy się nie uratuje, bo drapieżnik ten może wytrwać pod wodą 8 minut. Pamiętajmy, że jest to ruch, akrobatyczna gonitwa, kiedy zwierzę na przemian nurkuje i wypływa, albo jak z procy wystrzela w powietrze.

Typowe siedliska tych ssaków to zalesione lub porosłe szuwarami brzegi nizinnych rzek o leniwym nurcie, lub stojące wody rozmaitych starorzeczy. Najbardziej jednak lubi wody śródleśne lub choćby częściowo zadrzewione oraz zarośnięte szuwarami brzegi. Wydra do swoich potrzeb często adoptuje już gotowe schronienia po lisach, borsukach a szczególnie po bobrach. Wyjście zawsze znajduje się pod wodą.

Kiedy matka-wydra podąża na łów z trójką lub czwórką podrastających dzieci – pociechy płyną gęsiego za nią, a tak powstały zespół idealnie poddaje się biegowi wspólnie utworzonej esowatej linii. Lekko wystające grzbiety i harmonijne huśtanie się w rytmie wywołanego płynięciem falowania sprawia, że nawet za dnia obrazu tego nie sposób rozdzielić na części. Płynąc tą jedną falistą linią, wydry pędzą przed sobą wystraszone ryby. Prowadząca pochód matka ustala taktykę natarcia wydoskonaloną przez niezliczone tysiące pokoleń. Dla wydrząt nie jest to więc sprawa obca.

Skoro subtelny zmysł wibracyjny umiejscowiony w wibrysach (wąsach) powiadomi matkę o wystarczającym zagęszczeniu łupu, wydaje ona ostry przenikliwy gwizd otwierający łowy. Malcy natychmiast układają się w tyralierę. Po krótkiej chwili przewodniczka akcji zakręca ku brzegowi, a wtedy jej świta tworzy regularny kocioł. Ryby okrążone łańcuchem tej nagonki, w panice mkną przed siebie, w jednym wolnym kierunku, jaki im pozostał. Wiedzie on do małej zatoczki, którą wydra kierująca pościgiem, obznajomiona ze szczegółami linii brzegowej na swoim terenie obrała za miejsce ostatecznej rozprawy.

W tej fazie, łowcy dzielą się pracą według najlepszych reguł sztuki. Wydrzęta zaciskające kocioł, próbują jak mogą chwytać ryby wymykające się z okrążenia. Matka w masie stłoczonych ofiar uderza na najbliższą, zatapia jej w brzuchu zęby ostre jak szpilki, z których nie wyzwoli się żaden łup choćby o najbardziej śliskiej skórze, wyciąga na brzeg, dobija mocnym potrząśnięciem, kładzie na ziemi i bezszelestnie nurkuje po następną. Nałowiwszy kilka lub kilkanaście sztuk, matka specjalnym jakby kwilącym zagwizdem ogłasza początek uczty.

W płytkiej wodzie wydry obierają odmienną strategię łowów, wykorzystując dość powszechną właściwość ryb, które po krótkiej ucieczce kryją się w przybrzeżnym zakamarku. Drapieżnik często korzysta z tego przyzwyczajenia swych ofiar, tępymi uderzeniami ogona o wodę płosząc je dodatkowo i zaganiając je do dziur pod korzeniami oraz do innych kryjówek skąd już nie mają odwrotu, padają łatwym łupem łowcy.

Wydra jest mięsożercą, który w prawdzie nie żywi się samymi rybami, ale stanowią one ważną pozycję w jego jadłospisie. Do niedawna w oczach wielu ludzi – nie wyłączając niektórych zoologów – uchodziła za groźnego szkodnika. Pogląd ten zaciążył na jej tępieniu i to tak skutecznym, że z niektórych regionów zniknęła całkowicie, w innych zaś stała się niezmiernie rzadka. Mity o wielkiej szkodliwości tego ssaka podsycali często handlowcy czerpiący dochody ze sprzedaży ich skórek, bardzo poszukiwanych na rynkach kuśnierskich.

Obecne obserwacje wykazują, że dzienna porcja jedzenia nie przekracza 700 g. Przeciętnie z tego 60% stanowią ryby. Reszta składa się z myszy, piżmaków, ślimaków, żab, owadów. Spośród ryb jakie zjada, co najmniej połowa przypada na drobne płocie. Zostaje więc ledwo ¼ kg ryb szlachetnych.

Zdarza się jednak, że jedna wydra, trafiwszy do stawu hodowlanego karpi szybko wyławia jego cenną zawartość. Poszkodowani wzywają komisje, ukazując trawiasty brzeg szczelnie pokryty zabitymi i nawet nie nadjedzonymi rybami, by zwięźle podsumować: „Wydra opróżniła cały staw”. Zdawałoby się, że pierwszy opis zaprzecza drugiemu: jak pogodzić nieszkodliwość wydry dla rybostanu rzeki lub jeziora, z przytoczonym szybkim niszczycielstwem biotopu, który mogłaby wyzyskiwać przez całe życie?

Otóż problem zmienia się gwałtownie, kiedy człowiek poprawia przyrodę, zakładając stawy hodowlane. Pływają w nich – w całkiem nienaturalnym skupieniu – dorodne ryby. I naraz dociera tam wydra. Zastaje sytuację, jaką zna jedynie z tworzonych przez siebie kotłów, do których napędza zdobycz.

Dla wydry nieważne jest, że powstanie „kotła” który ma przed sobą nie poprzedziły jej wysiłki łowieckie. Kocioł jest i basta. Instynkt z całą swoją pierwotną siłą nakazuje jej stale i wciąż nurkować po ryby i wyławiać je bez ustanku. Może nawet być syta i nie mieć przy sobie głodnych dzieci. Nienaturalny „tryb obfitości” bez przestanku wyzwala w niej zachowania łowieckie. (Podobnie jak u niektórych wędkarzy w świeżo dorybionym zbiorniku.)

Wydra nie jest żadnym wyjątkiem w przyrodzie. W nietypowych najczęściej sztucznie przez człowieka stworzonych okolicznościach zwierzę zachowuje się całkiem inaczej aniżeli przywykł: bardziej drapieżnie i okrutnie. Stąd mity o krwiożerczym sadyzmie rozmaitych „bestii”.
Również obecnie w różnych publikacjach możemy spotkać pomstowania na kunę, która dusi cały drób w kurniku, albo na lwa zabijającego wszystkie krowy w zagrodzie. Nie brak wtedy komentarzy o rozkoszy mordu, żądzy zabijania i upojeniu samym tylko widokiem krwi.

Tymczasem wyobrażając sobie, że jakiekolwiek zwierzę poluje z „niskich pobudek” (używając słownictwa ludzkich ocen moralnych), popełniamy kardynalny błąd; sądzimy według siebie samych. Człowiek jest jedyną żywą istotą na Ziemi, która znajduje przyjemność w polowaniu na zwierzynę również wtedy, gdy nie musi zaspokajać głodu; a nawet w zabijaniu członków własnego gatunku w ramach zbiorowych zbrodni, które zakamuflował pod nazwą wojen – na usprawiedliwienie siebie - nadał im aureolę wzniosłości, bohaterstwa, sławy, jako że przecież chodzi „o tych przeklętych nieprzyjaciół”!

Wracając do zwierzęcych drapieżników, ich popęd do agresji służy polowaniu, lecz bynajmniej nie jest z nim identyczny. Istnieją pewne bodźce kluczowe powodujące czynności właściwe dla chwytania zdobyczy.

W kurniku taką sytuację pobudzającą stwarza hałas tworzony przez kury trzepoczące się w nieprzytomnej panice, oraz zapach ich upierzenia. Na wolnej przestrzeni natomiast po schwytaniu jednej kury, reszta rozpierzchłaby się, przestając drażnić zmysły mięsożercy.

Podobnie jest z lwem. Skoro podkradłszy się na stepie do stada zebr zabije jedną sztukę, reszta rozbiega się błyskawicznie. Lew ani nie może dogonić pozostałych, ani nie przejawia na to ochoty, zajęty łupem. Kiedy natomiast wtargnie do zagrody i zabije najbliżej stojącą krowę, inne ryczą przeraźliwie i miotają się w obłędnym strachu, co wciąż na nowo wyzwala w lwie instynkt zabijania. Dopiero gdy zapadnie martwa cisza, wielki kot wywlecze jedną sztukę, by nasycić się nią w spokojnej kryjówce.

Z ogólnego popędu agresji, bez którego nie przetrwałby żaden gatunek zwierząt, a drapieżników w szczególności, oczywiście nie może być wyłączona wydra. Staw hodowlany jest takim samym zamkniętym pomieszczeniem, jak kurnik bądź zagroda dla bydła. Choć wydra wnika w toń bezszelestnie, ryby - powiadomione o wtargnięciu rabusia dzięki rejestrowaniu drgań wody przez narząd linii bocznej - w popłochu rozbiegają się na wszystkie strony. Z kolei podobnie działający zmysł wibracyjny wydry, umiejscowiony w wibrysach, odbiera wtedy kakofonię drgań porównywalną do ogłuszającej nawałnicy. Występuje więc tzw. bodziec nadnormalny, który pobudza do określonych zachowań z magnetyczną siłą, znacznie gwałtowniejszą niż w zwykłych warunkach. Podsyca on u wydry popęd zabijania w takim samym stopniu, jak zapach pierza roztrzepotanego drobiu oddziałuje na kunę, a porykiwanie szalejących ze strachu krów – na lwa.

Różnice w zachowaniu drapieżników na szlaku łowieckim i w zamkniętym pomieszczeniu, za jakie można uznać mały staw hodowlany, stały się całkiem zrozumiałe dość niedawno kiedy powstała nowoczesna etologia.

Wzajemne stosunki między człowiekiem a wydrą bywały w ciągu wieków o wiele bardziej urozmaicone od polowania na nią z pobudek łowieckich i gospodarczych. Przez całe dzisięciolecia wydra odwzajemniała ludzkie prześladowania dobrą monetą – właśnie polując dla człowieka.

Podczas gdy w Europie zdarza się to tylko okazjonalnie, w Indiach i Chinach stanowi jeden z odwiecznych sposobów odłowu ryb na wodach śródlądowych. W łowach tych można wyróżnić dwa zasadnicze warianty: bądź kilka wydr tworzy „kocioł”, naganiając ryby do sieci, bądź też pojedynczo chwytają one łup, wyciągają z toni i aportują swojemu panu...

Może więc tą skłonność wydr do tolerancji towarzystwa człowieka wykorzystać również na naszej Florydzie? Zamiast iść na karpia z wędką i wiadrami jakiejś brei którą potem w nieobliczalnej ilości ciska się do wody, może lepiej przyzwyczaić wydrę do kiełbasy zwyczajnej w zamian za szybko upolowaną rybkę? Korzyść z takiego stanu rzeczy będzie ogromna. Z jednej strony będzie to atrakcja turystyczna z drugiej czynnie przyczynimy się do mniejszego zanieczyszczania wody sklepowymi zanętami które cenowo wiele nie różnią się od ceny kiełbasy zwyczajnej. W dodatku obok bobrów będziemy mieli też zaprzyjaźnione wydry. To oczywiście żart, ale skoro udało się naszym wędkarzom oswoić bociana, kaczki to może ta sztuka uda się również i z wydrą?

Dla przypomnienia podaję jeszcze jedną informację o której zapominać nie wolno:

Wydra jest gatunkiem ginącym. Chroniona przepisami Konwencji Waszyngtońskiej (CITES), objęta także programem hodowlanym EEP (European Endangered Species Programme), utworzonym dla ratowania gatunku przez europejskie ogrody zoologiczne.

fot. Wikipedia

wifer

Podobne artykuły :
REQUIEM GOŁĘBIOWI WĘDROWNEMU
RATUJMY ŻABY
MUTANTOLOGIA
Z WEDKĄ I PARAGRAFEM

(c) Podkarpacki Serwis Wędkarski, krs