NIE TYLKO SUKCESY

Posted on Luty 16, 2010

Nie tylko same wędkarskie sukcesy, są udziałem wędkarzy, zdarzają się sytuacje, a nawet takie dni gdzie gorycz porażki uczy nas pokory i szacunku dla rzeki, dla ryb, dla natury. Jeden taki dzień zdarzyło mi się któregoś majowego dnia na Sanie.

Lipień był pod ochroną, więc nie ma wyjścia albo nimfa, albo streamer, ja na początek wybieram streamera. Nieśpiesznie, wydeptaną ścieżką idę w górę rzeki, w konarach drzew i w nadbrzeżnych krzakach rozgadana masa ptactwa, nadrabia stracony czas, bardzo spóźniona wiosna dotarła w końcu i nad brzegi Sanu.

W końcu docieram do miejsca w którym można spokojnie wejść do wody i rozpocząć łowienie. Powoli posuwając się w kierunku środka rzeki odwijam linkę z kołowrotka, pierwsze kilka rzutów wykonuję na otwartą wodę, ale bez najmniejszych efektów, w końcu docieram na odległość pozwalającą na podanie streamerów pod brzeg, takie łowienie odpowiada mi najbardziej, grube pstrągi wolą stanowiska blisko brzegu, gdzie znajdują dużą ilość kryjówek. Rzut i powoli ściągam przynęty, to pozwalając im spływać niemal naturalnie, to od czasu do czasu krótkimi agresywnymi skokami nadaję im życia, pstrągi raczej nie współpracują, kilkanaście rzutów i jakieś skubnięcie, następne kilkanaście rzutów i jakiś maluszek szamoce się na wędce, znowu kilka przepłynięć streamerów i trzydziestaczek ląduje w podbieraku raz na kilkadzięsiąt minut trafi się coś większego tak pod czterdzieści centymetrów. Niestety dużych nie widać, nawet nie skubną, nawet nie przytrzymają przynęty.

Mija dwie może trzy godziny łowienia, lekko przygnębiony kiepskim żerowaniem pstrągów powoli schodzę w dół rzeki, rzut ściągnięcie przynęty i krok lub dwa w dół, i znowu, i znowu, i znowu, a efekty znikome, mijam kilka „bankowych” miejscówek i ciągle miernota. Dochodzę do dołka poniżej wypłycenia „pod skocznią” , daleki rzut pod brzeg kilka delikatnych pociągnięć, lekkie przytrzymanie, zacięcie i na końcu zestawu pulsuje pstrąg, no powiedzmy, że dwadzieścia pięć centymetrów to pstrąg, a nie pstrążek. Powoli, delikatnie holuję „zdobycz”, bo szkoda by latał w powietrzu, aż tu nagle z głębokiej jamy wypada ruda torpeda, błyskawiczny zwrot i... na kiju szaleje siedemdziesięcio może osiemdziesięcio centymetrowa królowa Sanu … głowacica, mocno zdecydowanie pracuje na kiju, kilka razy z hukiem przewala się tuż pod powierzchnią wzbijając fontanny wody, to szarpie potężnie wędką i ani myśli wypluć pstrążka, powoli, powoli wstępuje we mnie nadzieja na wyholowanie pięknej ryby. Ale niestety po kilkunastu minutach walki, po kilku pięknych i mocnych odjazdach, nagłych zwrotach, po prostu wypluwa zdobycz i wraca do swojego królestwa. Dwudziesto-pięcio centymetrowy pstrążek spotkania tego nie przeżył, zmiażdżony niczym w imadle w paszczy głowacicy, po prostu nie miał prawa tego spotkania przeżyć.

Pobudzony i lekko zniesmaczony wracam do auta, lekko trzęsącymi się rękami robię sobie mocną kawę, zmieniam wędkę i zestaw, czas przetestowanie nowej wędki, czas wypróbować dwunastostopówkę dedykowaną do nimfy i tak zwanej „metody żyłkowej”. Długa wędka w klasie trzy, przypon zero szesnaście setnych milimetra, skoro kabany nie biorą to potrenujemy na mniejszych pstrągach, powinny brać lepiej na „nimfy”. Idę z powrotem w górę rzeki, i zaczynam jak poprzednio schodzić z nurtem, nimfy podaję w poprzek rzeki pod brzeg i prowadzę je na lekkim żaglu, każde przytrzymanie zacinam. Udaje mi się złowić kilka nie za wielkich pstrągów największy może miał trzydzieści pięć centymetrów i jednego około czterdzieści pięć centymetrów i ... w końcu w dość głębokim odcinku rzeki udaje mi się dobrać do dużych kropków, ale delikatna wędka i cienka żyłka, mszczą się okrutnie, cztery wielkie „pytony” rwą mi moje mikre zestawy, nie dając mi nawet cienia szansy na choć króciutki kontakt, na odrobinę nadziei, na … ech.

Trudno San ze swoimi wielkimi pstrągami to raczej kijek w klasie sześć i żyłka powyżej zero dwadzieścia setnych milimetra. Potworny żar lejący się z nieba i dość daleka droga do auta, skutecznie zniechęcają mnie do zmiany wędki, więc łowię dalej tym samym mikrym zestawem, tylko zmieniam taktykę i sposób łowienia, schodzę kilkadzięsiąt metrów niżej i zaczynam łowić w górę rzeki, również podaję nimfy pod brzeg, ale teraz ściągam je na siebie. Efekt jest taki, że teraz dwa kabany, które połakomiły się moje przynęty, udaje mi się poczuć na kije do momentu, aż z powrotem nieśpiesznie powróciły do swoich kryjówek, zostawiając moje nimfy w trawie lub w zwalonych przez bobry, krzakach, Jedyne co udaje mi się wyholować to tylko czterdziestaczek, który kilkoma pięknymi wyskokami, kilkoma odjazdami i kilkoma młynkami osłodził mi gorycz dzisiejszej porażki. Cóż rzeka często uczy nas pokory, więc pokornie wracam powoli do auta, doławiając po drodze kilka maluszków i postanawiam sobie, że za tydzień nie będzie żadnych eksperymentów, żadnych wędek w klasie trzy, tylko solidne wędkowanie, solidnym sprzętem, a może uda się złowić kilka solidnych „klocków”.

Zdzisław Czekała

Komentarze do artykułu

Podobne artykuły :
GÓRSKI ZWIAD
PSTRĄGOWY WEEKEND
DRUGIE URODZINY PSW
MAGIA SANU
Tagged as: Comments Off

(c) Podkarpacki Serwis Wędkarski, krs