Skocz do zawartości
  • Artykuły

    Manage articles

    rapala

    rubomania2018t.jpg.77257e373b738238621891c6ae2aa9f2.jpg

    Targi Rybomania w Sosnowcu jest drugą co do wielkości, po targach w Poznaniu tego typu imprezą odbywającą się w naszym kraju. Nosząc się z zamiarem wymiany kilku większych gratów tak karpiowych jak i spiningowych oraz kierując się zasadą, że lepiej dotknąć przed zakupem niż potem żałować, mając  udostępniony miękki fotel w vanie kolegi postanowiłem po kilku latach odwiedzić Targi Wędkarskie.
     
    To już bodajże piąte Targi na jakich miałem okazję być więc dobrze wiedziałem na co można liczyć a o czym tylko pomarzyć odwiedzając tego typu imprezę. Moje osobiste odczucia nie odbiegają znacząco  od tych, które miałem z wcześniejszych Targów, no może poza pierwszą imprezą na jakiej byłem czyli Łowy i Połowy Wrocław 2004r .Pamiętam, efekt "wow" pomimo niesamowitego ścisku, który był ogromny. Pomięty, podeptany, z dwoma, kilka miesięcy wcześniej upatrzonymi badylami karpiowymi oraz ogromną reklamówką załadowaną innym sprzętem, opuszczałem to piękne miasto...
     
    Patrząc teraz z perspektywy czasu na to co się zmieniło przez te naście lat powiem szczerze, że nie za wiele. Targi to nadal jeden wielki bazar (poza nielicznymi wyjątkami), mający niewiele wspólnego z założeniami tego typu imprezy. Coraz uboższa lista wystawców oraz prezentowanego sprzętu. Niestety dominują sklepy wędkarskie a firmy i producenci  to nadal tylko mały procent. Doradztwo przedstawicieli odnośnie konkretnych produktów pozostawia dużo do życzenia i zamyka się w kilku zdaniach pomiędzy nabiciem kolejnego paragonu na kasę fiskalną. Niestety cały czas utrzymuje się przekonanie, że " Targi muszą się odrobić ", zamiast procentować dobrze przeprowadzoną reklamą. Często aby zapełnić powierzchnię wystawienniczą zapraszane są firmy niewiele mające wspólnego z wędkarstwem. Co się zmieniło na plus? Na pewno sama organizacja. Wszystko jest jakby bardziej " poukładane", większa powierzchnia targowa, infrastruktura, możliwość zakupu biletów przez internet (o wiele mniejsze kolejki przed kasami) oraz bogatsze zaplecze gastronomiczne.
     
    Rybomania  Sonowiec 2018 to bardziej targi karpiowe, gruntowe niż ogólno wędkarskie. Wśród dostawców dominowali  wystawcy oferujący produkty skierowane głównie dla tej grupy wędkarzy. Szkoda tylko, że prym wiodła szeroko pojęta "kuchnia karpiowa" a pozostały sprzęt karpiowy był niejako dodatkiem do oferty sklepów, może poza jednym - dwoma wyjątkami. Ten kto pojechał aby zobaczyć wędki, namioty, łózka czy sprzęt biwakowy, zapewne poczuł duży niedosyt, nie wspominając już o nowościach na ten sezon. Bardzo dobrze zaprezentowały się firmy Tokarex oraz Semper ze swoimi łodziami, pontonami, silnikami oraz całym zapleczem motorowodnym. Można było zapoznać się z systemem mocowań firmy BorikaFasten opartym na uniwersalnym  zamku ,dzięki któremu mamy możliwość szybkiej instalacji urządzeń oraz akcesoriów na pontonie. Pojawiło się równie kilku producentów łodzi zdalnie sterowanych jak również elektroniki wędkarskiej czy nawet... dronów. Można było spotkać kilku wystawców sprzętu spinningowego oraz producentów przynęt: Phoenix, Varivas... W Sosnowcu zaprezentowało się również kilka firm z naszego regionu: Total Carp Baits, TTCarp, Fedder Bait, Meus.  Oczywiście nie mogło zabraknąć na Targach, jakże modnych (czy nie modnych) w ostatnich czasach  youtuberów.
     
    Kilka godzin jakie spędziłem na Targach w Sosnowcu oceniam dość pozytywnie choć niedosyt pozostał. Mieszane odczucia potęguje informacja jaka pojawiła się w internecie a dotycząca sposobu w jaki zostały potraktowane ryby z wystawowego akwarium po zakończeniu Targów Rybomania. Mam nadzieję ,że osoby odpowiedzialne za zaistniałą sytuację, poniosą konsekwencje... Ale to już temat na inną bajkę .
     
    @rapala
     
     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     



    marekn

    PRZEDWIOŚNIE

    Przez marekn, w Artykuły,

    3.thumb.jpg.e0d4f2992ece663ba733c70a819fe117.jpg

    Dlaczego taki temat? Dlatego, że już się doczekać nie mogę, a to jeszcze prawie dwa miesiące i to przy dobrych wiatrach. Wczesną wiosną lub może jeszcze raczej na przedwiośniu bardzo często odwiedzam z wędką niewielkie rzeczki i szersze potoki. Mimo że wokół jeszcze szaro i buro, a na dodatek zimno, wydaje mi się, że ten okres jest najlepszy na takie wypady, a to z kilku powodów. Po pierwsze małe górski rzeczki i potoki w ciągu całego roku niosą raczej niewiele wody i nie tak łatwo znaleźć na nich odpowiednie do wędkowania miejscówki. Jedynie właśnie początkiem marca, zasilane jeszcze przez topniejący w górach śnieg, są na tyle głębokie, że można w nich w miarę komfortowo łowić. Z drugiej jednak strony woda pośniegowa jest bardzo zimna, dlatego ryby w niej są mało aktywne i naprawdę ciężko sprowokować je do ataku. Najlepiej odwiedzać je, gdy woda nieco się już ociepli, ale jeszcze nie zdąży całkiem opaść, tak byłoby najrozsądniej; jednak często wyposzczony po zimie, wbrew rozsądkowi, depczę ich brzegi w śniegu po kolana i czasem uda mi się nawet coś złowić. Drugim powodem tych wiosennych spacerów, jest fakt, że właśnie wtedy można jeszcze trafić w tych rzeczkach pstrągi, których część pozostała tu po jesiennym tarle. W późniejszym okrasie jest ich znacznie mniej, a to za sprawą powszechnego, nawet w takich miejscach, kłusownictwa, a także innych wędkarzy, którzy nad takimi "ciurkami" też się czasem pojawiają. Trzecim , kto wie czy nie decydującym, argumentem skłaniającym mnie do tego typu łowienia, jest małe prawdopodobieństwo spotkania innego wędkarza. Nad takimi rzeczkami mam spokój i ciszę, presja wędkarska jest bowiem znikoma, a to dla mnie jest bardzo ważne. Łowię więc albo sam, albo z Marcinem. W tym drugim przypadku dzielimy się odcinkami rzeczki, każdy ma "swój", bo w takich okolicznościach dwie osoby w jednym miejscu, to już tłok; a spotykamy się w umówionym wcześniej punkcie.
     

    Ulubiona rzeczka

    Jak już wcześniej pisałem, głównym celem takich wyjść jest pstrąg , po prostu w potokach, w których łowię, jest to zazwyczaj jedyna ryba, za którą mogę uganiać się ze spinningiem. Oprócz niego strumienie zamieszkują strzeble, ślizy i głowacze, które stanowią jedynie jego pożywienie.
     

    Marcowy pstrąg

    Na ryby mogę liczyć w głębszych miejscach, przy zatopionych pniach drzew, na zakrętach rzeczki lub za niewielkimi kaskadami. Świetne są dołki przy podmytych korzeniach drzew, gdzie pstrągi znajdują doskonałe schronienie.
     

    Obiecująca miejscówka


    W takich miejscach ustawiam się wyżej przypuszczalnej kryjówki ryby, pamiętając o tym, by nie być zbyt widocznym i posyłam przynętę w dół. Potem bardzo powoli ściągam ją pod prąd, przytrzymując na dłuższą chwilę w interesujących mnie odcinkach, powtarzam to wielokrotnie, bo nie raz ryba decydowała się na atak dopiero w czasie któregoś z kolei przeciągnięcia woblera. Często po kilku metrach pozwalam woblerowi swobodnie spłynąć metr, dwa, by ponownie przeciągnąć go w pobliżu domniemanej kryjówki pstrąga. Czasem bywa tak, że nie da się wykonać poprawnego rzutu ze względu na zwisające nad głową gałęzie drzew, wtedy muszę dać woblerowi spokojnie spłynąć, cierpliwie czekając nieraz dłuższą chwilę i dopiero zaczynam prowadzić go pod prąd. W takich sytuacjach, kiedy trzeba to zrobić klęcząc za jakimś krzaczkiem, nieoceniony jest dłuższy kij, którego szczytówkę mogę wystawić za daną przeszkodę, nawet na środek potoku. Wtedy dopiero otwieram kabłąk i bez problemu spławiam woblera z nurtem. Dlatego też nawet na tych małych rzeczułkach używam wędki 2,70 m. Kiedyś łowiłem na taką o długości 2,20 m, ale wielokrotnie brakowało mi te pół metra, więc dałem spokój. Może i rzut dłuższym kijem jest utrudniony, ale wszystko można wytrenować, w ciężkich miejscach robię to "z nadgarstka" i jakoś daję radę. Tak po prostu lubię, nie mniej jednak zdaję sobie sprawę, że inni wolą odwrotnie, krótkimi wędkami i też jest im wygodnie. Generalnie łowię inaczej niż na rzekach w pełni sezonu, mianowicie schodząc bardzo powoli w dół potoku, dlatego staram się być dwa razy ostrożniejszy niż zazwyczaj, więc nieraz rzucam w przysiadzie lub na kolanach. Ale wiosną człowiek jest jeszcze w gazie i gotów do sporych poświęceń .
     

    Spod korzenia


    Najgłębsze dołki obławiam woblerami tonącymi, cięższymi wahadłówkami lub jigami i staram się je prowadzić jak najbliżej dna. Na przedwiośniu ryb zazwyczaj szukam na odcinkach spokojnych, chociaż od tej reguły bywają wyjątki i udaje się trafić na nie nawet w bardzo wartkim nurcie, w którym teoretycznie o tej porze roku nie powinniśmy liczyć na pstrągi.


    W tym prądzie Marcin wyjął pierwszego pstrąga w zeszłym roku


    Jak już pisałem, używam wędki 2,70 m, jest to już kilkunastoletni Balzer o cw. do 20g. Mimo swoich lat jest to nadal mój ulubiony kij, na który wyjąłem już setki pstrągów. Podpinam do niego Slammera 260 z grubszą żyłką, tak około 0,20mm, nie ze względu na wielkość łowionych ryb, tylko z myślą o zaczepach. Gdzie indziej, przy normalnej wodzie, wystarcza 0,16-0,18 mm. Na takie wypady zabieram zazwyczaj jedno, małe pudełeczko z przynętami. Może kogoś to zdziwi, ale ja już się tak przyzwyczaiłem. Zresztą wzdłuż brzegów takich rzeczek przemierzam zazwyczaj kilka kilometrów i uważam, że nie ma co się niepotrzebnie obciążać i utrudniać sobie marsz. Nie chcę też na razie zaprzątać sobie głowy myślami typu "a może jednak na tego", na to przyjdzie czas w pełni sezonu . Poza tym sądzę, że ryby po zimie są na tyle "wyposzczone", że jeżeli tylko mają w tym dniu, w tej godzinie, ochotę na jedzenie, to zdecydują się wyjść do przepływającej przynęty. Ważne tylko by pojawiła się odpowiednio blisko ich kryjówki, dlatego wybieram takie, które pracują na różnych głębokościach. Podstawowe modele, więc kilka woblerów płytko schodzących, raczej większych, 5-7cm, kilka głębiej schodzących, zazwyczaj pięciocentymetrowych, do tego jeden, góra dwa tonące. Wszystkie raczej w naturalnych kolorach, jeśli woda jest w miarę czysta. Staram się też mieć jakiegoś jednego mocno żółtego, tak na wszelki wypadek. W tym roku rolę takiego "czarnego konia" powierzę Szerszeniowi Leszka. Czytam często, że wiosną sprawdza się doskonale na małych, nizinnych rzeczkach , poza tym łowiłem na niego klenie, a także pstrągi np. na Sanie, więc pewnie sprawdzi się też na niewielkich, górskich potokach, pomimo tego, że w czystej wodzie, która w nich płynie, nie będzie wyglądał zbyt naturalnie. O to też chodzi, niech zaskakuje ryby. Oprócz woblerów zabieram wahadłówki, o różnym ciężarze, tak od 2-5g, w kolorach miedzi i mosiądzu (samoróbki lub kupowane, ale też zazwyczaj ręcznie robione). Do tego pakuję ze trzy obrotówki w podstawowych kolorach, jakąś jedyneczkę, dwie dwójki, kilka nieco większych twisterów na główkach w granicach 1-3 g i jakiegoś kogucika. Blaszki, zarówno obrotowe, jak i wahadłowe, wybieram raczej matowe, "wysłużone"; błyszczące mnie denerwują. To powinno wystarczyć.
     

    Przykładowy zestaw na przedwiośnie


    Zazwyczaj przed każdym wyjściem zmieniam przynajmniej część przynęt w takim zestawie, żeby było inaczej. Kiedy słońce bardziej przygrzeje i nad rzeką pojawiają się pierwsze płazy, dokładam jeszcze małe pudełko z żabkami.
     

    Żabki


    Sytuacja diametralnie zmienia się w dalszej części sezonu i na większych rzekach, kiedy to kamizelkę wypchaną mam różnymi pudełkami, czasami do granic wytrzymałości, ale to już całkiem inny temat. Na przedwiośniu ma być z umiarem.
    Do tej pory pisałem o pstrągach, ale czasem w przyujściowych odcinkach może trafić się kleń. Jednak nie szukam ich specjalnie, nie zmieniam przynęt na mniejsze, o tej porze roku rozmiary woblerów pstrągowych wcale im nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie. Zdarzało się też, że wyjmowałem je na wahadłówki lub gumy.
     

    Przyujściowy kleń

    Oczywiście pstrągi również tam pływają. W latach 90-tych na ujściu jednego z takich potoków do większej rzeczki łowiłem kapitalne sztuki, wiele grubo ponad 40 cm, ale to już niestety przeszłość, chociaż przyzwoite trzydziestaki się jeszcze trafiają.
     

    Pstrąg złowiony również na ujściu do większej rzeczki


    W ogóle z rybami w ostatnich czasach jest coraz gorzej, dawniej w takim potoku bez trudu wyjmowałem około dziesięciu krótkich pstrągów w dwie, trzy godziny, a dzisiaj jeśli wyjmę dwa, ba, nawet jednego, to już jestem zadowolony. Chociaż ostatnio pojawiły się jakieś szanse na poprawę; otóż od dwóch lat z kolegami z koła, do którego należę, wpuszczamy do takich potoczków narybek pstrąga, uczciwie zaznaczę, że dzięki Okręgowi PZW w Krośnie. Oczywiście jego przeżywalność jest raczej niewielka, ale jeśli akcja będzie prowadzona systematycznie przez kolejne lata, może przyniesie jakieś zauważalne zmiany. Póki co czekam, a nuż się poprawi i dalej odwiedzam z wędką "moje" potoczki. Nawet jak nie mam kontaktu z rybami, to i tak jest to wspaniale spędzony czas, a poza tym zawsze można nacieszyć oko czymś innym.
     

    Przy potoku


    Te wczesnowiosenne wyjścia, które pobieżnie opisałem, dają mi radość, bo mam możliwość bycia nad wodą i wędkowania. To po długiej zimie ma niebagatelne znaczenie. Nie za często udaje się złowić coś przyzwoitego, bo po prostu okoliczne rzeczki nie są tak zasobne w ryby, jak te na nizinach i mają inny charakter. Na "mojej" dołek o głębokości 1,20 m to już istna bania. Dlatego wyciągane przeze mnie wnioski mają charakter jak najbardziej subiektywny i nie muszą pokrywać się z Waszymi, dotyczą jedynie miejsc, na których ja wędkuję. Wracając do ryb, ich złowienie nie jest najistotniejsze, choć niewątpliwie pożądane . Już nie mogę się doczekać, dlatego dzisiaj przygotowałem sobie zestaw kilkunastu woblerów, paru wahadłówek, obrotówek i twisterków, który zabiorę na ten pierwszy wypad. Pozostaje tylko czekać i modlić się, żeby zima była łagodna.


    marekn

    MOJE SMUŻENIE CZ. II

    Przez marekn, w Artykuły,

    2.thumb.jpg.8ed4dad3ca8df4b63e67ba816b1d465d.jpg

    Jak prowadzę?-cd.
    Głębokie rynny zazwyczaj odpuszczam, czasem wyjdzie w nich kleń do"smużaka", ale traktuję to jako przypadek, może kiedyś poświecę więcej czasu, żeby rozgryźć takie miejsca. Woblery prowadzę w zmiennym tempie, czasem wolno, czasem przyspieszam, to już zależy od konkretnej sytuacji. Nieraz pozwalam woblerowi spływać swobodnie w dól, w tzw. dryfie, od czasu do czasu tylko wprawiając go w delikatne drgania za pomocą szczytówki i napiętej żyłki. Wtedy najbardziej przypomina szamocącego się w wodzie owada i często potrafi oszukać ryby. Takie sposoby łowienia wymagają ode mnie nieustannej koncentracji, potrzebnej do skutecznego zacięcia ryby, co nie zawsze jest możliwe, ale brań mam znacznie więcej, niż kiedy prowadzę przynętę pod prąd lub po łuku w poprzek nurtu, schodząc w dół rzeki. Nieraz są one gwałtowne, efektowne, ale nie do zacięcia, a bywa tak, że minimalne przytrzymanie woblera kończy się wyholowaniem sporego klenia. Na to nie ma reguły. Poza tym łowienie z nurtem ma jeszcze tę zaletę, że zapięty kleń holowany w dół rzeki nie robi tak wielkiego hałasu, daje się łatwiej prowadzić niż pod prąd, a przez to nie płoszy pozostałych ryb ze stada i dzięki temu mamy szansę wyjąć ich kilka z jednego miejsca.

    Jaki sprzęt?
    Nad tym nie będę się rozwodził, bo już chyba wszystko zostało napisane. Oczywiście kij pod klenie, jaki kto lubi i na jaki kogoś stać. Sam stosuję IRI Lucky`ego Kongera 275cm i cw do 10g, na razie wystarcza.Tutaj ciekawostka, która może zabrzmieć jak herezja, czasem łowię na wklejankę Robinson Diplomat 270cm, do 20 g. Wiadomo, nie trzyma tak ryb, ale ma sztywną szczytówkę, każde branie czuję idealnie i praktycznie nie muszę być taki skupiony, po prostu ściągam woblera, a klenie zacinają się same, oczywiście rzucam pod prąd. Poza tym wtedy mogę w miarę komfortowo połowić na małe gumy . Dobór kołowrotka to indywidualna sprawa, również opisywana wielokrotnie. Używam Shimano GTM-RB 2500, czasami Slammera 260. Ten ostatni jest dość ciężki, ale nie do zdarcia. Co jednak najważniejsze, ma idealny hamulec, co przy gwałtownych braniach kleni ma swoje znaczenie. Żyłek używam cienkich, ponieważ łowię w czystych rzekach, zazwyczaj Strofta 0,14 i 0,12mm. Przy dobrym hamulcu spokojnie wystarcza i można dalej rzucić lekkimi woblerkami. Przeważnie stosuję malutkie agrafki lub agrafki z krętlikiem, mimo że słyszy się opinie, że płoszą one ryby, ja tego nie zaobserwowałem, a i wymiana przynęty jest wygodniejsza i mniej czasochłonna niż w przypadku luźnych węzłów.

    Jakie przynęty?
    Też zależy od upodobania. Generalnie powinny być niewielkie, pływające i przypominać swym wyglądem przeróżne owady, choć i od tego są wyjątki. Z powodzeniem stosuję woblery kupowane, oto niektóre z nich:




    Jak widać są to przynęty dobrze znane: Salmo Tiny, w których zostawiam tylko tylną kotwicę, woblery Lipińskiego, Stepanowa, Krzyszczyka, Maybugi, Sieki, Rebele, Dorado, a także owady @Dzienciola. Lubią je klenie
     

    i jazie.

     
    Jednak przede wszystkim łowię na swoje "robale".



    Łowienie na własnoręcznie wykonane woblery sprawia mi największą frajdę i satysfakcję, kiedy okazuje się, że są one skuteczne. Osobiście wolę te woblery, które nie pracują na samej powierzchni, tylko tuż pod nią, dlatego takich strugam najwięcej. Staram się je malować tak, aby kolorystycznie przypominały owady, jakie spotykam nad wodą, ale i tak uważam, że najistotniejsza rolę odgrywa ich praca. Dużo kleni łowię np. na nie malowane, tylko polakierowane, czasem z jakimiś czarnymi, czerwonymi lub białymi dodatkami. Ryby je atakują, chociaż nad wodą nie widuję owadów w takich kolorach. Te najbardziej łowne, których używam najczęściej, są poobijane, z pourywanymi nóżkami, z poodpryskiwanym lakierem, ale kleniom to nie przeszkadza. Na przykład mój kolega z forum najwięcej kleni wyjmuje na Insecta Lipińskiego, który przez ciągłe uderzenia o kamienie i ataki kleni wygląda koszmarnie, chyba już nic nie przypomina, ale ma taką pracę, że jest prawdziwym killerem. Ciągle tworzę nowe wzory, a to z dwóch powodów. Przede wszystkim to wciąga i to bardzo. Poza tym jestem do tego poniekąd zmuszony. Ryby które łowię, wypuszczam i kiedy jestem kolejny raz w tym samym miejscu, już nie jest mi tak łatwo je przechytrzyć tymi samymi woblerami. Szybko się uczą, więc i ja muszę się dostosować, i cały czas kombinować. Robię "robale" o różnej pracy, bo ich skuteczność zależy od warunków w jakich wędkuję. Na przykład kiedy woda w rzece jest niska i bardzo czysta, najlepsze okazują się te o drobnej, ledwie dostrzegalnej pracy, natomiast te, które agresywnie trzepią ogonem, często płoszą ryby. Oczywiście w "grubej" wodzie te drugie są zdecydowanie lepsze. Na "robale" łowię nie tylko klenie, trafiają się też pstrągi, ale to raczej jako przyłów.


     
    Raz tylko łowiłem w ten sposób na Sanie powyżej Leska, na niżówce, wyłącznie z myślą o pstrągach i efekty były całkiem niezłe, więc może jeszcze kiedyś spróbuję, jeżeli warunki będą podobne.
    Jeśli chodzi o przyłowy, to trafiają się nieraz całkiem, powiedzmy, "egzotyczne", bo np. świnki na spinning to nic dziwnego, ale na te woblery wyjmowałem również strzeble, kiełbie, piekielnice, ukleje; a raz nawet zaliczyłem atak żaby.
    "Smużyć" można też woblerami niekonwencjonalnymi jeśli chodzi o tę metodę, a mianowicie takimi, które nie przypominają owadów.



    Imitacją niewielkiej rybki "smużę" powierzchnię wody, trzymając odpowiednio wysoko szczytówkę wędki i czasem przynosi to zaskakujące efekty. Oprócz tego do takiego łowienia można stosować małe obrotówki nr 0 czy 00 lub różnej wielkości żabki, wystarczy je tylko poprowadzić tuż pod powierzchnią wody. Jeśli chodzi o kotwice, to oczywiście muszą być bardzo ostre i wolę, żeby były za duże, niż za małe. Z zacinaniem ryb też jest różnie, jeśli klenie tylko "wąchają" przynęty, delikatnie trącają, tnę z nadgarstka w tzw. tempo, niektóre udaje się zapiąć, nieraz za zewnętrzną część pyska. Bywa tak, że są bardziej zdecydowane, wówczas wystarczy, że w momencie brania delikatnie, płynnie przesunę wędzisko i ryba siedzi. Niestety zdarza się tak, że walą tak mocno, że demolują woblery, np. łamią stery, rwą nóżki, a mimo to nie mam szans, żeby je skutecznie zaciąć.

    O czym pamiętać?
    Do tej pory nie napisałem jeszcze o dwóch sprawach, które przy łowieniu "smużakami" wydają mi się bardzo istotne. Po pierwsze, jeżeli nie mam efektów kombinuję ze sposobem prowadzenia i przede wszystkim często zmieniam woblery. To że w danym miejscu ryby nie reagują na przepływającego obok żuka, nie wyklucza, że uderzą w odpowiednio podaną gąsienicę lub osę. Nie rezygnuję i niejednokrotnie jest tak, że dopiero po wielu próbach trafiam na przynętę, która okazuje się "hitem dnia". Druga sprawa, to nigdy za wiele ostrożności w poruszaniu się na łowisku. Nawet jeżeli, łowiąc w górę rzeki, podchodzę ryby od ogona, staram się nie rzucać im w oczy. Na przykład klenie, nie stoją tylko zwrócone głowami pod prąd, patrolując swoje miejscówki, pływają w górę i w dół rzeki, a wtedy mogą mnie dostrzec, mimo że ustawiony jestem niżej dołka, a wtedy najlepsze przynęty nie pomogą.

    Na koniec
    Opisując jak łowię na woblery smużące, powtórzyłem wiele informacji, które są dla nas, spinningistów, oczywiste. Jednak musiałem to zrobić, żeby ten tekst miał ręce i nogi. To, co dodałem od siebie, może ktoś wykorzysta w praktyce nad "swoją" wodą, a może nie. Łowię przeważnie w dzikich, górskich wodach, dlatego moje doświadczenia mogą nie pokrywać się z doświadczeniami tych, którzy wędkują na uregulowanych rzekach w ich dolnym biegu; chociaż na nizinnym Sanie, Wisłoce czy Wisłoku też udawało mi się w taki sposób oszukiwać ryby. Zawsze też można przyjechać w Bieszczady i wypróbować moje sugestie w praktyce, naprawdę warto, chociażby dla "pięknych okoliczności przyrody i niepowtarzalnych" . Zapraszam. Jedno jest pewne, w spinningowaniu nie możemy uparcie trzymać się sztywnych reguł, próbujmy, kombinujmy, zmieniajmy, a wtedy przyjdą efekty. Sam jestem przekonany, że jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale na to trzeba czasu. Dla mnie ważne jest też to, żeby wypuszczać złowione ryby, bo wtedy w czasie następnego pobytu nad wodą mam większe szanse na wyjęcie czegoś przyzwoitego.
    Połamania.
     


    M.N


    marekn

    MOJE SMUŻENIE - CZ.I

    Przez marekn, w Artykuły,

    2.thumb.jpg.21850d14b369dde979ae1e90524751c6.jpg

    Od jakiegoś już czasu nosiłem się z zamiarem napisania trochę dłuższego tekstu, poświęconego łowieniu metodą, która ostatnimi czasy stała się jedną z moich ulubionych, a teraz nadarzyła się doskonała ku temu okazja. Motywacja jest spora. Generalnie spinning pasjonował mnie od dziecka, ale na tego typu wędkowanie, o którym będzie ten tekst, przez ostatnie kilka lat poświęcam niewątpliwie najwięcej czasu. Jak łatwo się domyślić na podstawie tytułu, chodzi tu o łowienie na tzw. "smużaki", czyli jak wszyscy wiemy, najogólniej mówiąc, woblery, które prowadzimy po powierzchni wody lub tuż pod nią. Moim celem nie jest powtarzanie obiegowych poglądów i teorii, które możemy znaleźć w prasie wędkarskiej czy internecie, choć czasami będzie to nieuniknione, ale przede wszystkim podzielenie się moimi obserwacjami znad wody i przedstawienie subiektywnych opinii związanych z tym tematem.
    Dlaczego"smużenie"?
    Dlaczego aż tak mnie to kręci? Odpowiedź wydaje się prosta, otóż branie w czasie takiego łowienia jest zazwyczaj bardzo efektowne, a poza tym często możemy ujrzeć moment ataku ryby. Jednak kierowały mną również inne pobudki. Po pierwsze, z racji tego, że mieszkam w Bieszczadach i 80% rzek, na jakich wędkuję, stanowią wody górskie, odkąd pamiętam, uganiałem się za pstrągami. Niestety od wielu lat z tą piękną rybą w naszych wodach jest coraz gorzej, a odcinek górski Sanu przypomina deptak. Trzeba było znaleźć jakąś alternatywę. Wybór padł na klenie, których w moich okolicach jest sporo, a które do tej pory traktowałem jako przyłów i do tego, w porównaniu z pstrągiem czy lipieniem, były dla mnie jakieś takie nijakie. Jednak od kiedy zacząłem je łowić z pełną świadomością, inaczej już na nie patrzę. Obecnie są to dla mnie kapitalne, sportowe ryby, które cenię za przebiegłość, za to, że trzeba się naprawdę wysilić, żeby je złowić, ponieważ ich zachowanie nigdy nie jest do końca przewidywalne i za ich wygląd, po prostu są ładne. Skoro więc klenie, to "smużenie". Po drugie, przy okazji moich startów w różnych zawodach spinningowych, nieraz łowiłem w wodach, gdzie ciężko było trafić jakiegoś drapieżnika, dlatego trzeba było walczyć o punkty szukając kleni i jazi, więc znowu "smużenie". Po trzecie, już od dawna sam strugałem woblery, dlatego postanowiłem zacząć robić też dla odmiany imitacje owadów, zatem oczywiście "smużenie". Tak więc już od dawna przemierzam rzeki z pudełkami w kieszeniach kamizelki, które wypełnione są coraz to innymi, nowymi, kupionymi lub własnoręcznie zrobionymi, "robalami" i próbuję nimi przechytrzyć, przede wszystkim, klenie.
    Kiedy?
    Odpowiedź na to pytanie również wydaje się dziecinnie prosta. Wtedy, kiedy nad wodą i w jej okolicy pojawiają się owady, zatem późną wiosną, latem i początkiem jesieni. W tym czasie nad rzeką spotykamy masę różnych żuków, larw, pszczół itd. Latają, skaczą, pełzają, jest ich pełno na przybrzeżnej roślinności, a z czasem część z nich ląduje w wodzie i staje się pokarmem dla ryb, które nie przepuszczą takiej okazji.
     
     

    Zazwyczaj możemy wyczytać, że warto sięgnąć po smużącego woblera, kiedy ryby wychodzą do spływających wodą owadów, jeśli natomiast na powierzchni nie widać oznak ich żerowania, lepiej łowić klasycznie. Z takim stwierdzeniem, nie mogę się zgodzić, z doświadczenia wiem, że zawsze warto w tym okresie spróbować poprowadzić naszego "robala" w miejscu, w którym podejrzewamy obecność kleni, bo właśnie one najlepiej reagują na tego typu przynęty. Często łowię tak w niesprzyjających warunkach, tj. gdy woda jest gładka jak tafla lub gdy pada deszcz i na efekty nie narzekam. Przecież nie wszystkie przynęty owadopodobne prowadzimy po samej powierzchni, ale o tym później. Wyjątkiem jest też okres rójki jętki majowej. Tego lata byłem nad wodą akurat w czasie takiej rójki. Na jednej z moich miejscówek klenie szalały, istny amok, woda się gotowała, naprawdę piękny, niestety już coraz rzadszy, widok. Mając tylko spinning, próbowałem jednak któregoś wyjąć. Do wody poleciało chyba wszystko, co miałem w pudełkach, oczywiście żaden z kleni się nie pomylił. To samo miejsce odwiedziłem kilka dni później, rójka nie szła i w kilkanaście minut wyjąłem kilka ryb. Często powtarzana jest też opinia, że łowimy powierzchniowo, gdy jest ciepło. Ale czy tylko wtedy? Znowu uważam, że jest to uproszczenie. Wyjmowałem klenie na "smużaki" wczesną wiosną, choć nad rzeką jeszcze nic nie bzyczało, a także jesienią, gdy już od dawna nic nie bzyczało. W tym roku, w październiku, na jednej z bieszczadzkich rzek złowiliśmy z kolegą po kilkanaście kleni, w tym kilka naprawdę ładnych, mimo że pogoda była typowo jesienna, a nad wodą nie widać było niczego, co miałoby skrzydła. Prawie wszystkie ryby skusiły się na imitacje owadów. Na platformie You Tube można obejrzeć film, w którym kolega Tomasz Winiarski łowi na Ropie, a więc rzece, którą część forumowiczów dobrze zna, siedemnaście kleni w grudniu. Wszystkie na owady Maybug.
    Gdzie?
    Generalnie tam, gdzie są klenie i jazie. Oczywiście jest to stwierdzenie banalne, jednak, jak większość z nas wie, nie w każdym miejscu łowienie na "smużaki" jest tak samo efektywne, chociaż wiemy, że ryby akurat w nim stoją. Przedstawię miejscówki, na których ta metoda sprawdza mi się najlepiej. Zacznę od standardu, warto posłać woblerka pod wszelkiego rodzaju drzewa ze zwisającymi nad wodą gałęziami.



    Próbuję trafiać również pod nawisy przybrzeżnych traw lub zarośli.



    Dobre są kamienne opaski, zatopione, leżące wzdłuż brzegu drzewa, głazy, w końcu filary mostów i inne betonowe konstrukcje.

     

    Gorzej jest na rozległych, spokojnych płaniach i w głębszych rynnach, chociaż klenie w nich stoją. Pozostały jeszcze odcinki, gdzie woda przyspiesza, tworząc silny nurt. Wyczytałem kiedyś opinię, że w takich miejscach łowienie na "smużaki" mija się z celem, gdyż nie jesteśmy w stanie zaprezentować wszystkich walorów prowadzonej przynęty, lepiej więc stosować woblery klasyczne. Zaobserwowałem, że na rzekach, w których ja łowię, jest wprost przeciwnie, mam brania na "robale", a często ryby zażarte są bardzo głęboko. Przecież w takich sytuacjach klenie nie mają czasu na zastanawianie się, jeżeli nie uderzą natychmiast, przekąska zniknie im z oczu. Ważne jest tylko, żeby wobler dobrze trzymał się nurtu.

     

    Jak prowadzę?
    Wyżej opisane miejscówki są typowe, nic nowego nie wymyśliłem, bo chyba się nie da, w nich po prostu pływają interesujące mnie ryby. Jednak sposoby, w jakie prowadzę przynęty, często różnią się od tych opisywanych w artykułach, oglądanych w filmikach i obserwowanych nad wodą. Przede wszystkim staram się obłowić interesujące odcinki, idąc w górę rzeki. Robię to zawsze wtedy, gdy jest to tylko możliwe, powiedzmy w 90% moich wyjść nad wodę. Zakładam, że skoro owad wpadając do wody, spływa z jej nurtem, to powinienem swoje przynęty prowadzić w ten właśnie sposób. Oczywiście żaden "smużak" nie jest w stanie oddać zachowania żuka, pszczoły, czy konika polnego, które niesione przez nurt starają się wydostać na brzeg, jednak nie zaszkodzi próbować "uwiarygodnić" naszego woblera. Nie wszędzie jednak da się tak łowić.

     

    W takich miejscach zmuszony jestem wypuszczać woblera na luźnej żyłce, kontrolując jej napięcie palcem, czasami tylko zatapiam go, przytrzymuję, a po chwili ponownie pozwalam mu się wynurzyć i spłynąć kilka metrów w dół. Czynność tę powtarzam wielokrotnie, czasem się doczekam brania, czasem nie. Kiedy chcę sprowokować klenie, które chowają się w cieniu zwisających nad wodą drzew, a stoję niżej, pod przeciwnym brzegiem, zawsze pierwsze rzuty wykonuję tak, aby wobler spadł kilka metrów powyżej i dość szybko sprowadzam go łukiem w dół. Wtedy najczęściej ryby uderzają, chociaż tak naprawdę owady siedzące na drzewie spadają centralnie w dół i tam są zjadane przez klenie. Jeśli takie prowadzenie nie przynosi efektu, dopiero wtedy staram się trafić przynętą pod gałęzie drzewa. Kiedy wpada ona z pluskiem do wody, reakcja ryb bywa różna; czasem biją w nią momentalnie, bez wahania, a czasami uciekają w popłochu, nieraz mam wrażenie, że chcą schować się na brzegu. Idealnie jest, kiedy stoję niżej, ale na tym samym brzegu, na którym rośnie drzewo i płaskim rzutem uda mi się zmieścić woblera w niewielki prześwit między zwisającymi gałęziami, a taflą wody. Kiedy sprowadzam go w dół, równolegle do brzegu, brania mogę spodziewać się w każdej chwili; bywa, że następuje ono tuż pod nogami, powodując szybsze bicie serca. Kamienne opaski obławiam identycznie. Jeżeli się da dojść rzucam, w górę i ściągam przynętę tuż przy samej opasce, równolegle do niej. Kiedy jestem na przeciwległym brzegu lub na środku rzeki, też rzucam w górę i najdłużej, jak się da, sprowadzam ją wzdłuż opaski. Dopiero ostatecznością jest obejście jej od góry i obłowienie pod prąd z przytrzymywaniem woblera przez dłuższą chwilę. Zagłębienia przy filarach mostów i innych równoległych do brzegu przeszkód penetruję tak samo, ustawiam się kilka, kilkanaście metrów niżej, i rzucam pod prąd. Jeśli znajdę ciekawy przesmyk między głazami, staram się stanąć w wodzie poniżej, rzucam w górę i manewrując szczytówką wędki przeciągam woblera między kamieniami. Napisałem wcześniej, że głębokie, spokojne płanie, nie są tak dobrym miejscem na łowienie "smużakami", owszem klenie tam stoją, często naprawdę grube, jednak są bardzo ostrożne. Podpływają do spływającej przynęty, oglądają ją, jednak rzadko decydują się na atak. Nieco lepiej reagują na spływającego woblera te stojące na końcu płani, przy jej wylewie. W tym miejscu woda przyspiesza, wobler przemyka szybciej, dlatego klenie mają mniej czasu na decyzję i często atakują. Oczywiście jeśli dam radę wejść w tym miejscu, ustawiam się po środku rzeki na wypłyceniu poniżej i rzucam pod prąd. Sprawdzam też wlew do płani.
    cdn.
    M.N.


    Leszek

    fotka nr3.JPG

    Szanowni koledzy! Podzielę  się z  Wami moją wiedzą i doświadczeniem  majsterkowicza. Dzisiaj zbudujemy formę do odlewania główek jigowych. Będzie to propozycja minimalistyczna. Koszt wykonania takiej formy w sprzyjających okolicznościach wynosi 0 zł(słownie zero zł). Zrobimy formę  metalową, trwałą, którą będziecie mogli przekazać swoim wnukom. Materiały potrzebne do budowy takiej formy każdy facet powinien posiadać w swoim garażu lub piwnicy. A co najważniejsze każdy, potrafi taką formę zrobić. Budowa pierwszej formy prototypowej potrwa 2-3 godziny następną zbudujecie już  w ciągu 30min.
    Materiały:
     1.Dwie kostki aluminium o wymiarach 25x35x10 mm,(może być z szyny energetycznej) im aluminium będzie miększe tym lepiej.
    2. Pop nity 2szt o średnicy 4mm. Wykorzystamy z nich tylko rdzeń stalowy o średnicy 2mm. Pop nity możemy zastąpić  gwoździem 3mm.
    3. Śruba m4 z łbem jak na fotce(gwint może być do końca, będzie dodatkowe mocowanie gumy).
    4. Kulka z łożyska. Średnicę kulki dobieramy do średnicy główki jaką zamierzamy odlewać.
     

     
    Narzędzia :
    1.Wiertarka, dobrze jeżeli mamy do niej stojak . 
    2.Pilnik do metalu.
    3.Imadło ślusarskie(możemy zastąpić dużym młotkiem),
    4.młotek.
    5. punktak.
    6.Wiertło o średnicy mniejszej od średnicy kulki(ja użyłem kulki 8mm i wiertła 7mm). 
    7.Wiertło dokładnie o średnicy trzpienia z pop nita lub w zastępstwie gwoździa.
    8.Papier ścierny gradacji 120 przybity do deski jako narzędzie cierne.
    9.Wiertło 3mm i 8 mm do zrobienia wlewki.
    10.Stara łyżka kuchenna do topienia ołowiu.
    11.Materiał izolacyjny do obłożenia łyżki, aby się nie poparzyć.
    12.Piłka do metalu.
    Jeżeli zgromadziliśmy  potrzebne materiały i narzędzia zamykamy się w garażu lub piwnicy i do dzieła. Najpierw  wycinamy kostki aluminium. Wycinajmy jak najmniejsze kostki, pozostałe aluminium przyda nam się do budowy kolejnej formy o innej gramaturze. Wycięte kostki szlifujemy na papierze ściernym, tylko płaszczyzny. Płaszczyzny nie muszą być wyszlifowane na 0, później  jeszcze będziemy je  poprawiać. Wyznaczamy środek w obu kostkach. Punktakiem nanosimy punkt wiercenia. Wiercimy otwór wiertłem o średnicy mniejszej niż średnica kulki, na głębokość mniejszą niż połowa średnicy kulki. Przy użyciu kulki 8mm wiercimy wiertłem 7mm na głębokość  nie większą niż 3,5mm. W nawiercone miejsce wkładamy naszą kulkę i przykrywamy identyczną drugą kostką. Owijamy taśmą klejącą i taką kanapkę  zgniatamy w imadle aż  obie części formy zejdą się. Jeżeli nie dysponujemy  imadłem musimy taką kanapkę dla własnego bezpieczeństwa porządnie owinąć taśmą klejącą. Kładziemy na czymś twardym i walimy młotem aż kulka nam się odciśnie. Mamy już ładnie odciśniętą kulkę, aby odlew  wyszedł nam idealny musimy jeszcze trochę  popracować. Teraz  obie kostki należy ładnie doszlifować na papierze ściernym aż  uzyskamy ładną ostrą krawędź odciśniętej kulki. Następnie poprawiamy jeszcze  raz  etap  odciskania. Mamy już  pięknie odciśniętą kuleczkę .
     

     
    Teraz zrobimy tzw. piloty. W  jednej  z kostek po drugiej stronie odciśniętej kulki wyznaczamy miejsce na piloty. Miejsce to będzie na skraju formy. Teraz musimy precyzyjnie, prostopadle wywiercić dwa otwory wiertłem o średnicy rdzenia metalowego pop nita lub gwoździa. Dobrze jest użyć stojaka do wiertarki. Obie części formy składamy ze sobą. Pamiętajmy aby w środek włożyć naszą kulkę. Wiercimy przez obie części na wylot. 
     

     
    Obcinamy rdzenie pop nita na taki wymiar   aby po złożeniu nie wystawały z formy. wkładamy w jedną część formy i z drugiej strony zaklepujemy młotkiem i punktakiem tak aby je unieruchomić .Piloty mamy gotowe.
     

     

    Składamy formę. Jeżeli mamy trudności ze złożeniem formy prawdopodobnie krzywo wywiercone są otwory. Poprawmy je wiertłem większym o 0,2mm . Forma powinna się zamknąć. Teraz wkładamy hak jigowy w miejsce które nam najbardziej odpowiada. Hak możemy umiejscowić tak jak nam pasuje. Możemy w obrębie kulki przesuwać w różne strony uzyskując różne główki. Hak przyklejamy taśmą klejącą aby nam się nie przesunął  i odciskamy lekko znanym nam już sposobem. Zdejmujemy taśmę i odciskamy jeszcze raz. Aby forma była w pełni profesjonalna należy zrobić jeszcze odpowietrzenie(choć niekoniecznie). Kawałek twardego cienkiego drutu np. jeden włos ze szczotki drucianej odciskamy tak aby powietrze z dołu kulki odprowadzić na zewnątrz. Teraz tylko zrobić  wlewkę i gotowe Składamy formę i wiercimy otwór średnicy 3mm aż przebijemy się do kulki. Następnie pogłębiamy otwór większym wiertłem tak aby łatwo wlać płynny ołów. Ważne:  Otwór pod wlewkę  musimy wywiercić  dokładnie na środku łączenia  formy. W przeciwnym razie po zalaniu forma nam się nie otworzy.  
     

     
    Formę do paprochów mamy gotową. Do paprochów nie potrzebujemy zadzioru. Topimy więc ołów ściskamy formę kombinerkami i zalewamy, zachowując środki ostrożności. Ciekły ołów ma ok.300 stopni , uważajmy więc aby się nie poparzyć . W trakcie odlewania większej  ilości  forma nagrzewa się, możemy ją  śmiało studzić zimną wodą. 
     

     
    Wykorzystując  tą technologię  możemy  zbudować formę  wielogniazdową  i o różnym kształcie główki. Tylko model główki musimy wypiłować z  twardego metalu. Model skomplikowany możemy odciskać etapami będzie dużo łatwiej.
     

     
    Teraz jak zrobić zadzior główki szczupakowej. Tutaj będzie nam pomocna śruba m4 z fotki .Obcinamy śrubę  na odpowiednią długość. Następnie piłujemy łeb w kształcie cyfry 1 aby uzyskać model zadzioru. Teraz znanym nam już sposobem na gotowej formie z pilotami odciskamy model naszego zadzioru.  
     

     
    W ten oto prosty sposób możemy zrobić sobie główki dokładnie takie jak są nam potrzebne. Na malutkim haku możemy zrobić bardzo ciężką główkę na paprochy, na bardzo głębokie łowisko i odwrotnie, na  dużym haku bardzo lekką główkę na szczupaki na zarośnięte łowisko.
     

     

     
     


    Siksa

    HASANIE PO SANIE 2

    Przez Siksa, w Artykuły,

    8.JPG.d99ad911f57084b68eda863b78e42bed.J

    Początek czerwca tradycyjnie już spędziłem wspólnie z Oktawianem, łowiąc ryby nad Sanem. Łowiliśmy przez 5 dni na OS. Początkowo prognoza pogody nie była zachęcająca. Do tego brudna woda, płynąca dwoma turbinami sprawiła, że byliśmy bliscy przesunięcia wyjazdu o kilka dni. Jednak w ostatnim momencie już po podjęciu decyzji o rezygnacji, spontanicznie postanowiliśmy mimo wszystko jechać.
     


    Łowienie rozpoczęliśmy pomiędzy wyspami od metody żyłkowej. Woda była brudna i bardzo zimna. Ryby niestety nie chciały współpracować. Ciągłe zmiany przynęt nie przynosiły rezultatów. Przez kilka godzin złowiliśmy dosłownie kilka ryb. Mieliśmy już jechać na Bachlawę, jednak namówiłem Oktawiana żeby podejść jeszcze w jedno miejsce. Okazało się to dobrą decyzją. Ryby zdecydowanie lepiej żerowały, a i było widać pojedyncze zbiórki małych lipieni. Złowiliśmy po kilkanaście ryb, w tym wielkiego lipienia i ładnego pstrąga. Po przerwie obiadowej pojechaliśmy zobaczyć co się dzieje na Bachlawie. Tam spotkaliśmy grupę Belgów. Z informacji jakie uzyskaliśmy, ryby zbierały z małą przerwą od rana, ale jest już po wszystkim. Do wieczora na nimfę złowiliśmy trochę lipieni i pstrągów, ale bez szału.
     

     

     

     

     

     

    Kolejny dzień rozpoczęliśmy od Bachlawy, ale nie było widać żadnej aktywności ryb na powierzchni. Dlatego wystartowaliśmy z długą nimfą. Jednak okazało się to totalną klapą. Złowiliśmy po dwie ryby i postanowiliśmy wrócić w miejsce gdzie mieliśmy wczoraj brania. Tam było zdecydowanie lepiej. Oktawian sprawnie i szybko złowił pięć lipieni w granicach 45cm, ja pstrąga +50 i trochę mniejszych lipasków. Po 19 znowu wszystko siadło i zawinęliśmy się do domku.

     
     

     

     

    Następnego dnia wędkowanie rozpoczęliśmy dość późno. Woda przez noc oczyściła się zupełnie, a ryby stały się jeszcze bardziej ostrożne. Na powierzchni nie było żadnych oznak żerowania ryb, więc jechaliśmy z żyłką. Szału nie było przez cały dzień. Łowiliśmy same pojedyncze ryby. Dzień uratował pstrągowy 53 centymetrowy rodzynek.
     

     

     


    Przez cały nasz pobyt nad wodą były trzy grupy obcokrajowców Niemcy, Belgowie i Rumuni. Dwie pierwsze ekipy ostro nastawione na suchą muchę. Rumunii bardziej elastyczni, to też łowili na nimfy. Niemcy nawet śmiali się z nas, jak możemy łowić na parkinsony czy glajchy. Po trzech dniach to myśmy się z nich śmiali, jak największy szyderca wachlował wodę metodą żyłkową z uwiązanym na końcu parkinsonem.
    Kolejnego dnia postanowiliśmy obłowić fragment rzeki, na którym jeszcze nie łowiliśmy. Szału ilościowego nie było, ale średni rozmiar łowionych ryb był satysfakcjonujący. Po południu wpadłem na pomysł aby zapolować na klenie. Zmiana miejsca, zestaw z sucharem w dłoń i łowimy klenie. Największe dwie kluski miały ok. 48cm.
     

     

     

     
    Ostatni dzień rozpoczęliśmy od kleni. Jednak z powodu mocnego wiatru na wodzie siedziało pełno liści, a ryb pod powierzchnią nie było widać. Wróciliśmy na Bachlawę i przez następne kilka godzin łowiliśmy na nimfy. Ryby jakby trochę lepiej współpracowały i szło się nałowić. Były nawet krótkie momenty, że łowiliśmy rybę za rybą. Po południu jak wiatr ucichł, pojechaliśmy sprawdzić co słychać u kleni. Liści już nie było, a ryby pojawiały się na powierzchni. Oktawian szybko wypatrzył dwa kabany i w drugim rzucie ściągnął kluchę na 51cm. Niestety później ryby nie były skore do brań i postanowiliśmy zakończyć zmagania.
     

     


    Tegoroczny wyjazd był całkiem inny od poprzedniego, ale równie udany. Duża, brudna i zimna woda, postawiły trudne warunki. Jednak każdy z nas, poprawił swoje rekordy życiowe. "Odkryliśmy" klenie, które na stałe już zagoszczą w naszym programie. A przede wszystkim zdobyliśmy nowe doświadczenia, które na pewno zaprocentują na kolejnych wyjazdach.
     
    @Siksa, @Oktawian


×

Komunikat

W dniu 25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r - RODO. Abyś mógł korzystać z portalu Podkarpacki Serwis Wędkarski potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie danych osobowych oraz danych zapisanych w plikach cookies. Proszę o zapoznanie się z Polityką prywatności.