Jump to content

JESIENNA ZADUMA


PSW
 Share

Recommended Posts

Artykuł opublikowano:  , autor @wifer

 

STOJADŁO a może STU JADŁO – leśne jeziorko które jak głosi legenda powstało w miejscu hucznej biesiady miejscowych rozbójników. Jak w każdej bajce tak pewnie i w tym micie jest trochę prawdy. W każdym razie jak sięgnę pamięcią to miejsce zawsze wydawało mi się dość tajemnicze.

Niestety postępująca cywilizacja z leśnego uroczyska zrobiła małe zarośnięte bajorko, które pomimo że skurczyło się niepomiernie, nadal jakby zachowało swoją duszę.

Jedne z moich pierwszych samodzielnych wypraw z czasów szkolnych prowadziły właśnie tam. Do dziś pamiętam ten charakterystyczny zapach wiszącej nad wodą porannej mgiełki a właściwie bagiennych oparów. Ilu ta woda wychowała wędkarzy. Bez mała więcej jak stu i na pewno więcej jak stu wędkarzy z tej wody rybki jadło. Można by więc powiedzieć, że nazwa o wiele bardziej adekwatna niż Floryda, która bez bobrów i wydr była by tylko wizerunkiem wielkiej pomyłki obecnych czasów.

Nad Stojadło po kilkunastu latach zaglądnąłem jesienią ubiegłego roku. Nie spodziewałem się niczego ciekawego, ale kiedy stanąłem na pomoście wychodzącym poza linię tataraku, nagle znalazłem się w zupełnie innym świecie.

 

2008-02-001-650x487.thumb.jpg.6fbc51ba0f99892776aba76ce42ed32a.jpg


W lustrze wody zobaczyłem dwóch urwisów maszerujących wzdłuż torów z bambusowymi wędkami. Była niedziela a słońce jeszcze nie zdążyło wychylić się z nad horyzontu.

Czuliśmy się jednak dobrze spóźnieni, bo poprzedniego dnia planowaliśmy wypad tak, żeby nad wodę dotrzeć przed świtem. Maszerowaliśmy więc szybko aby zdążyć zająć jakieś godziwe miejsce nad wodą. Nie było ich za wiele bo brzegi od zawsze były dość trudno dostępne, podmokłe i zarośnięte szuwarami. Najlepsze miejsce było na wyspie a właściwie na kożuchu sukcesywnie zarastającym powierzchnię jeziorka. Wejście tam nie było łatwe, zwłaszcza po za krótkiej nocy. Każdy krok groził mało pachnącą kąpielą. Na środek prowadziła jedna ścieżka po „głowach” wystających z bagienka kęp traw.

Krok po kroku z nadzieją na upatrzone poprzedniego dnia miejsce przedzieraliśmy się przez trzęsawisko zasnute poranną mgłą. Małe brzózki rosnące tuż nad wodą, cel naszej wyprawy, z każdym metrem stawały się coraz wyraźniejsze. Jeszcze parę kroków i... za drzewkami zamajaczyły dwie postacie. A niech to... znowu nas uprzedzili. Nici z linów i karpi. Jedyne stu procentowe miejsce! No cóż, skoro doczłapaliśmy aż tu, to może jakoś dotrzemy do wody gdzieś w pobliże. Zmieniliśmy azymut o 90 stopni i następne parę minut straciliśmy badając niepewny grunt przy każdym kolejnym kroku. Markotni, w końcu jakoś dotarliśmy do w miarę stabilnego miejsca z łatwym dostępem do wody.

Z niewielką wiarą rozłożyliśmy wędki. Na końcu najdelikatniejszego jaki miałem zestawu z żyłką 0,25 i haczykiem nr 6 zadyndała rosówka. Spławik z gęsiego pióra znieruchomiał w wodzie w niewielkiej odległości od szczytówki.

Tymczasem ptaki rozbudziły przyrodę na dobre a wielka tarcza słońca rozgoniła ostatnie mgiełki. Echo kukułki wróżyło niezły połów.

- Co ona, zacięła się czy co? Zażartował Jurek.

Faktycznie, na jedno ku-ku ptaka echo odpowiadało podwójnie.

- Niech sobie kuka tylko żeby to wróżyło brania a nie godziny oczekiwania na rybkę – odpowiedziałem, ukradkiem i zazdrością zerkając na intruzów co zajęli nam miejsce.

Siedzieli skuleni bez ruchu więc chyba i u nich na razie nie było brań. To i dobrze przynajmniej nie będzie żal.

Mijały kwadranse a spławiki sterczały nieruchomo jakby się zasłuchały w śpiewy ptaków.

- Rosówki pewnie się już dawno potopiły. Trzeba by założyć coś bardziej ruchomego.

- Może żabę?. Jurek wskazał płaza uparcie gapiącego się na nas od dłuższego czasu.

- Co ona się tak gapi. Może jeszcze śniadania nie jadła? Pewnie miała ochotę na twoją kanapkę. Sam zeżarłeś a zwierzątko tylko ślinkę łykało.

- Żaba chleba nie będzie jadła – obruszył się Jurek, ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby nie poczęstować jej mięskiem.

Wyciągnął ze słoika największą rosówkę i podrzucił w pobliże żabki. Ta jak tresowany piesek w mgnieniu oka chwyciła za koniec wijącego się robaka.

- No to ma do obiadu zajęcie - powiedziałem.

Żaba jednak potraktowała rosówkę jak przekąskę i jakby trochę bardziej zadowolona nadal gapiła się nam prosto w oczy. OK.! łap następnego. Chwila moment i po robaku. Aaaale ma spust. Czekaj – damy jej te z haków. Ściągnąłem topielca i machnąłem w pobliże zielonego płaza.

- Eeee zdechłe jej nie pasują.

- Nażarła się bestia, ale patrz, idzie druga.

Niestety druga choć z apetytem zaostrzonym tylko przez kilka komarów, stanęła obok i znieruchomiała.

- Te bestyje jedzą tylko żywe.

Urwałem dłuższe źdźbło trawy i powoli zacząłem poruszać nim zdechlaka. Nie trzeba było długo czekać. Obie żaby skoczyły na zdobycz, jednak tak niefortunnie że zamiast na robaka trafiły na siebie.

Rozśmieszyło nas to do rozpuku na tyle, że niechcąco rozkołysaliśmy całym kożuchem wyspy, przy okazji wywołując na wodzie fale.

I już była okazja do następnej zabawy. Gwałtowne ugięcie nóg w kolanach powodowało że po chwili goście po drugiej stronie podskakiwali do góry.

- Coś ta kukułka chyba wywróżyła nie to co powinna.

- Zmieniamy przynęty. Jak liny dzisiaj strajkują to chociaż pobawimy się karasiami.

Z kromki, której nie udało się pokonać na śniadanie, ugniotłem ciasto zmiękczając je wodą z bagienka w którym staliśmy.

- Haki trochę za duże jak na karasie, ale trudno. Najwyżej będą brały po dwa na raz – zażartowałem.

Spławiki po chwili ponownie znieruchomiały. Ugięciem nóg znowu zrobiłem falę a ta spowodowała że spławiki zaczęły podskakiwać. BIERZEEE!

Goście po drugiej stronie zdążyli już złożyć wędki. Robiło się coraz cieplej a nam coraz weselej. Kolejna fala – o! jakie branie. Po następnej fali jeden spławik jakoś nie bardzo się chciał wynurzyć. Co jest? Zaczepił czy co? Podciągnąłem wędkę do góry. Coś przyblokowało i po chwili na trawę wyskoczył niemały karaś.

- Ej! One chyba dzisiaj biorą na spinning. Trzeba pewnie trochę poruszać zestawem.

Zanim zdążyłem zarzucić wędkę Jurek poruszył spławikiem góra dół. Chwila i na trawie wylądował całkiem pokaźny karaś. To chyba metoda na dziś. Zrobiłem to samo i na rezultat długo czekać nie musiałem. W niecałe pół godziny siatka zrobiła się pękata od karasi. Najmniejszy miał ponad 25 cm, największy około 35cm.

I jak tu nie wierzyć kukułce?

 

2008-02-002-650x487.thumb.jpg.714a92cbf5e0c175d9d2657fad990768.jpg

 

Chłodna jesienna bryza wyrwała mnie z zadumy. Blade słoneczko coraz szybciej wydłużało cienie drzew na ciemnej wodzie. ...To październik, minął wrzesień. Już listopad licho niesie... Zaszumiało gdzieś wśród kolorowych liści. Czas powrotu...

Wiesław Furmański (wifer)

Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

×
×
  • Create New...

Important Information

Privacy Policy