Jump to content

OPOWIEŚĆ PRAWIE WIGILIJNA


PSW
 Share

Recommended Posts

Artykuł opublikowany 25-12-2008, autor @wifer

 

Często końcem grudnia wracamy wspomnieniami do minionych dni szukając pewnych porównań, lub dokonując podsumowań. I nic w tym dziwnego, bo i okazji ku temu wiele a długie wieczory nastrajają większą niż zwykle nostalgią.

 

Rozmyślając nad tym co przyniósł mi ten przestępny 2008, czy był dla mnie łaskawy czy wręcz przeciwnie, zastanawiałem się czy zmienił coś w moim wędkarskim życiorysie. Szukając w pamięci swojej „złotej rybki”, przypomniała mi się historia, która przydarzyła mi się w pewne wrześniowe popołudnie.

Dzień wydawał się mało ciekawy. Od czasu do czasu po niebie toczyły się ciemne chmury. Kiedy zasłaniały słońce nagle dawał się odczuwać chłodny powiew końca sezonu wędkarskiego. Walkę miedzy odchodzącym latem a przedwczesną jesienią potęgował dokuczliwy wiatr wędrujący jakby z cieniem chmur toczących się ciężko z północy. Gdyby jeszcze ciśnienie stało w miejscu. Niestety od paru dni wskazówka barometru przypominała wahadło nie mogąc zdecydować się w którym miejscu pozostać na dłużej. Zupełnie nie rybna pogoda.
Ale skoro to już wrzesień, więc trzeba wykorzystać każdą chwilę bo dni robią się coraz krótsze a i sezon wędkarski kurczy się w szybkim tempie. Nie rozczulając się zbytnio nad niesprzyjającą aurą, obrałem kierunek nad niewielki zaporowy zbiorniczek położony kilkanaście kilometrów za miastem. Może akurat w taką pogodę coś się przyczepi do wędki i rozweseli pomarszczoną wodę. Szczupaki ostatnio kaprysiły więc nie robiłem sobie wielkich nadziei, dlatego zabrałem ze sobą delikatny zestaw okoniowy.
Kiedy już dotarłem na miejsce szybko zmontowałem wędkę. Do końca żyłki uwiązałem małego woblerka. Pierwsze rzuty wzdłuż brzegu nie wychodziły najlepiej. Wiatr skutecznie niweczył plany precyzyjnego prowadzenia przynęty. Nawet gdyby nastąpiło branie, wygięta jak żagiel żyłka wystarczająco zamortyzowała by zacięcie.
Nie chcąc kusić losu splątaniem zestawu, poszedłem na drugą stronę zbiornika. Teraz stoję plecami do wiatru. Zakładam to co mam najmniejszego. Mały twisterek bez dodatkowego obciążenia leci dość daleko. Czekam aż przynęta opadnie i choć trochę napręży żyłkę. Potem powoli równomiernie ściągam. Fala i wiatr dodatkowo ożywiają sztucznego robaczka.
Tymczasem w moim poprzednim miejscu rozłożyło się trzech podobnych do mnie marzycieli. Tyle tylko, że na swoje wędki założyli żywce. W niedalekiej odległości od siebie kołysze się sześć pękatych spławików. Początkowo zastawione jak najdalej w kierunku środka toni, szybko wracają do brzegu. Przynajmniej się chłopy nie nudzą – pomyślałem – obserwując ich zmagania z wiatrem. Nawet na piwo nie mają czasu.
W chwilach rozpogodzeń wiatr cichnie i robi się błogie ciepełko. Wykorzystuję to na bardziej precyzyjne rzuty wzdłuż brzegu. Niestety bez najmniejszej reakcji ze strony wodnych stworzeń. Coraz częściej decyduję się na zmianę przynęt. W końcu nie bacząc na nienaturalne przeciążenie delikatnego zestawu, zakładam obrotówkę HRT nr 3. Wygląda to tak jakbym uwiązał pustaka do nitki. Ryzykując zerwaniem zestawu badam dość dokładnie okolice dna. Niestety, ryby ignorowały wszystkie moje wysiłki.
W pewnej chwili, po drugiej stronie widzę poruszenie wśród kolegów „po kiju”. Zapewne, jeden z nich ma brane, bo sprężył się jak tygrys do skoku. Kompani w asyście przekrzykują się w emocjach i dobrych radach. Jeden twierdzi że trzeba zacinać, drugi radzi żeby poczekać. Wreszcie spławik nurkuje i napręża żyłkę. Tnijjj! Pada jednocześnie komenda obu kibiców. Zaciął. Długa wędka wygięła się w pałąk i po chwili nad wodę wyskakuje mocno niewymiarowy szczupaczek. W ferworze emocji zapomnieli o pilnowaniu swoich żywcówek, które z pomocą wiatru zdążyły wpłynąć w sitowie i zatopione przy brzegu gałęzie. Młody drapieżnik pewnie miał zamiar zjeść i drugiego żywca, bo jak się okazało jednego połknął za głęboko a drugi dyndał na splątanym zestawie.

 

2008-12-016.thumb.jpg.f61bb3b6cdf404a6fa6c2e97d2b62fbd.jpg

 

Tak to mała rybka dała zajęcie trzem dorosłym łowcom. Jeden mocuje się z sitowiem, drugi z poplątanym zestawem, trzeci ma dylemat co zrobić z niewymiarowym wodnym drapieżnikiem, który w swojej łapczywości i niewiedzy skusił się na sklepowego karasia. Nie ma co tracić czasu. Skoro pofalowana woda nie jest zbyt łaskawa, trzeba szukać miejsca spokojniejszego.Przypomniało mi się małe bajorko położone parę kilometrów dalej. Co prawda jest prawie w centrum wsi, ale jak niosła fama ilość okoni w stosunku do wielkości jeziorka jest tam odwrotnie proporcjonalna jak w innych okolicznych akwenach. Pożegnałem więc niefortunnych łowców szczupaków, którzy swoje emocje uwidaczniali przy pomocy jednego uniwersalnego polskiego słowa i pojechałem wypróbować swoje przynęty na innej wodzie.

 

2008-12-017.thumb.jpg.3f64248e9fb7e8bf29434f6a8d1aba56.jpg

 

Moje drugie łowisko okazało się całkowicie odmienne. Tafla wody otoczona z trzech stron drzewami położona poniżej niewysokiej skarpy brzegu, wydawała się gładka jak lustro. Odbity obraz szaro burego nieba marszczyły tylko drobne ślady przepływających kaczek krzyżówek. Takie tam wiejskie przydrożne kacze bajorko. Nadzieje na to, że tak mały stawek może kryć jakieś tajemnice, dawała jedynie tablica określająca minimalne rozmiary ryb jakie można zabrać z łowiska oraz dwóch wędkarzy siedzących po przeciwnych brzegach w skupieniu wpatrzonych w swoje spławikówki. Są wędkarze to pewnie są i ryby. Tyle tylko, że mnie ani karpie ani amury zupełnie nie interesują.
Tym razem na końcu mojej wędki uwiązałem starego wysłużonego żółtego mepsa z czerwoną plamką. Ledwie naprężyłem żyłkę a szczytówka mojej wklejanki nagle ożyła. Pierwszy rzut i od razu okoń. Rozmiarami nie imponował, ale z miejsca robi się jakoś przyjemniej kiedy wędka ożywa. W kolejnych rzutach sytuacja powtarza się niemal identycznie. W pierwszych obrotach korbki kołowrotka następuje delikatne branie. Świetna szkoła zacinania i wczucia się w pracę wędziska. Odhaczone okonie wracają natychmiast dowody. Zaczynam liczyć złowione rybki ale wkrótce tracę rachubę.
Zmieniam przynętę. Ciekawe czy gumka okaże się równie atrakcyjna dla małych pasiaków. Rzucam dokładnie w to samo miejsce. Prowadzę raz skokami po dnie, innym razem przy powierzchni lub w środku toni. Okonie jednak przestały reagować. Jakbym wrócił na moje poprzednie łowisko. Podobnie dzieje się w przypadku woblerków. Dziwne – na innych większych wodach bywały bardzo skuteczne a tu bez rezultatu. Powracam więc do obrotówki ale o nieco innych rozmiarach. Ponownie co kilka rzutów następują brania, tyle tylko, że nie tak ochocze jak poprzednio.
Minęła dobra godzina mojej zabawy w testowanie skuteczności zawartości pudełka z przynętami. Między czasie spławikowcy zdążyli niepostrzeżenie złożyć swoje wędki. Nawet nie zauważyłem czy coś złowili. Zostałem sam. Zrobiło się jakoś cicho i pusto. Z rzadka tylko szosą przejechało jakieś auto. Kaczki pochowały się gdzieś w zaroślach. Nawet szum drzew stał się łagodniejszy, chwilami cichnąc całkowicie. Porzucam jeszcze z godzinkę i wracam.
Kończę z eksperymentami. Zakładam ponownie mepsa. Okonie znowu atakują z impetem. Nawet nie staram się już ich liczyć. Skupiam się więcej na chwili zacięcia i pozwalam się im wyszaleć do woli zanim doprowadzam do lądowania. Po pewnym czasie brania nagle się urwały. Jeden, drugi, trzeci rzut i nic. Czyżby te małe pasiaki już nasyciły swoje drapieżne skłonności? W kolejnych rzutach staram się skupić na pracy przynęty.
Nagle następuje bardziej stanowcze przytrzymanie. Zacinam. Tym razem opór był o wiele mocniejszy. Napinam zestaw. Wędka wygina się w łuk a żyłka już bez charakterystycznych dla okoni drgań, odchodzi w bok. To już musi być coś konkretniejszego i na pewno nie jest to martwa natura typu worek po zanęcie pana Bruda , czy część damskiej garderoby, jak to często zdarza się przy spinningowaniu w wodach o dużej presji wędkarsko turystycznej.
W pierwszej chwili, wolny odjazd w bok przywiódł na myśl przypadkowo zahaczonego za płetwę karpia, tym bardziej że ryba początkowo nie pozwalała się oderwać od dna. Jednak po kilku odjazdach podeszła pod powierzchnię. Szczupak i to wcale niemały zrobił młyńca na powierzchni i ponownie zniknął w toni uruchamiając hamulec kołowrotka. Zabawa zaczęła się na całego. Mój cieniuśki Mistrall skutecznie amortyzuje wszelkie sztuczki króla kaczego dołka. Po kilku kółkach w niewielkiej odległości od brzegu ryba jakby nagle osłabła i dając za wygraną pozwala podprowadzić się pod brzeg. Zwijając powoli żyłkę, widzę wystające skrzydełko mepsa z boku pyszczka ryby. Luzuję hamulec kołowrotka i próbuję ręką sięgnąć skrzela. Ryba jakby tylko czekała na chwilę nieuwagi z mojej strony. Nagle jednym machnięciem ogona ponownie wygięła wędkę do granic wytrzymałości a kołowrotek zagrał tą najcudowniejszą melodię dla ucha wędkarza. Walka nabrała nowych kolorów. Kilka kółeczek na uwięzi, kilka młyńców pod powierzchnią wody i wreszcie widzę z czym mam przyjemność. Ryba wykłada się na bok, i już bez problemów pozwala na doprowadzenie do brzegu. Zdecydowanym chwytem pod skrzela ląduję rybę i układam na trawie kilka metrów od wody.
Ładny szczupak – słyszę nagle za plecami.
Wydawało mi się że jestem sam. Widocznie w emocjach nie zauważyłem, że mam kibica. Obok mnie stał gość w czerni a na poboczu równie czarne, pokaźnych rozmiarów auto. Ani chybi 4 na 4. Przyciemnione szyby i drapieżna sylwetka pojazdu, jakby uwidaczniała charakter właściciela.
- Szczupak jak szczupak – odparłem – ledwie odrósł od wymiaru, nic nadzwyczajnego.
- Siedziałem dzisiaj od rana i nawet brania nie widziałem. Sprzedaj pan tą rybkę, bo głupio mi pusto wracać.
- Przykro mi ale to nie na sprzedaż, a poza tym regulamin zabrania. Powroty o kiju to przecież nic nadzwyczajnego w naszym fachu, mnie się to często zdarza.
Nieznajomy obskakując mnie raz z lewa raz z prawa nie dawał jednak za wygraną.
Nie zwracając wiele uwagi na jego namowy i przekonywania, próbowałem uwolnić niewielkich rozmiarów kotwiczkę z zębatej paszczy ryby. Jak to zwykle bywa w przypadku mepsów, zahaczona była dość mocno. Nie miałem żadnych narzędzi do odhaczania więc musiałem to zrobić gołą dłonią.
Każdy kto raz wsadził palce między szczęki żywego szczupaka wie czym to grozi. Mimo natręctwa nieznajomego, opowiadającego jak bardzo mu zależy na mojej rybce, z uwolnieniem szczupaka poradziłem sobie dość szybko i sprawnie. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- No sprzedajpan tego szczupaka – nadal nalegał i wsadził mi w dłoń stuzłotowy banknot.
Tym zdecydowanym krokiem zaskoczył mnie na tyle, że uległem.
- Skoro aż tak panu na tym zależy, to niech będzie. Pstryknę tylko fotkę.
- Ale szybko, bo bardzo mi się śpieszy, chciałbym go żywego...

 

2008-12-018.thumb.jpg.00aafa1f7cd07c14438d6aee8e5fbfd0.jpg

 

Spojrzałem na spokojnie leżącą rybę. Ze zdziwieniem zauważyłem spływającą spod skrzeli czerwoną stróżkę. Krew? Przecież kotwica była w sporej odległości od skrzeli i nie miała prawa ich uszkodzić. W tym momencie czerwona kropelka spadła na srebrną łuskę ryby. No tak, to mój rozcięty palec narobił tyle bałaganu. Dopiero teraz zauważyłem zaplamioną dłoń. Wyglądało to dość nieciekawie ale w rzeczywistości okazało się tylko małym rozcięciem, które dało się zakleić liściem babki wąskolistnej. Zajęty robieniem opatrunku, przestałem zwracać uwagę na nieznajomego. To jednak co stało się po chwili zamurowało mnie całkowicie. Gość w czerni wziął szczupaka, odszedł kilka metrów dalej i delikatnie wypuścił go do wody. Stałem jak wryty śledząc rozchodzące się fale od wolno płynącej wzdłuż brzegu w moim kierunku ryby. Płynęła tuż pod powierzchnią na tyle powoli że mogłem ją wyraźnie obserwować. Kiedy dopłynęła do mojego cienia, mocniej zagarnęła wodę ogonem i znikła. Nim jednak to nastąpiło, przez ułamek sekundy, którego pewnie już nie zapomnę, spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Była to krótka ale bardzo wymowna chwila.Zerknąłem w stronę nieznajomego. Ale na brzegu nie było już nikogo. Szosa też pusta, tylko nie opodal mojego auta stał wyrostek trzymając ręką nieźle wysłużony jednoślad pamiętający lepsze czasy młodości jego ojca a może i dziadka.
Sen czy jawa? Sięgnąłem odruchowo ręką do kieszeni. Spojrzałem na twardy jakby prasowany banknot.
Czułem się trochę nieswojo. Kupił życie szczupaka za stówkę. Nawet się nie domyślał ile w tym roku moich zdobyczy na powrót odzyskało wolność. Tylko jak będzie wyglądał mój rejestr. Kto uwierzy widząc pustą kartkę? Może wpiszę cos tam dla pozoru?
Skinąłem na chłopaka.
- Mam prośbę, zrobisz coś dla mnie? Skocz i kup czekoladę dla osłody. Wręczyłem mu banknot. Reszta twoja. Chłopak skoczył na rower i mocno nacisnął na pedały.
Nie czekałem aż wróci. Cóż, easy come easy gone – łatwo przyszło, łatwo poszło - pomyślałem i odjechałem.
Dziwny to był dzień, podobnie jak i cały rok. Jak mało kiedy wcześniej, byłem częstym gościem nad wodą ale tylko nad stojącą. Jak mało kiedy, miałem częste spotkania z pokaźnymi szczupakami, ale żaden nie zagrzał miejsca na patelni, za to pozostawiłem im między zębami kilka swoich najlepszych przynęt. Nawet mój magiczny mepsik, który służył mi od paru ładnych lat, też skończył swój żywot podczas jednej z kolejnych spinningowych wypraw. Również mój Mistrall nie doczekał w zdrowiu końca sezonu. Kilka tygodni potem, złamał się dolnik w chwili zacięcia. Skąd wiem, że był to szczupak?
Czasem nad wodą zdarzają się dziwne historie, choć nie zawsze potrafimy je dostrzec.

 

Wiesław Furmański (wifer)

Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

×
×
  • Create New...

Important Information

Privacy Policy