Jump to content

CZY ROBIMY WSZYSTKO ABY ZWIĘKSZYĆ SZANSĘ NA ZŁOWIENIE RYBY ŻYCIA???


PSW
 Share

Recommended Posts

Artykuł opublikowany 27-08-2009, autor @mapet77

 

Jestem nowym użytkownikiem tego portalu (jakże mi bliskiego, w końcu mieszkam w Rzeszowie-stolicy Podkarpacia od urodzenia) i może się wymądrzę pisząc ten artykuł, jednak zastanawiam się jak wielu z nas zadało sobie to tytułowe pytanie. Czy faktycznie, w poszukiwaniu tej ryby życia zrobiliśmy już wszystko?

 

2009-08-001.thumb.jpg.bdfbc412a4f7d759f9c8f8e0a6aac22b.jpg


Nie jest tajemnicą, że od 3,5 roku mieszkam w Irlandii, kraju gdzie populacja ryb jest o niebo większa niż samych Irlandczyków i wydawać by się mogło, że tutaj każdy złapie swoją rybę życia o ile trafi przynętą do wody a nie na pobliskie drzewo. Jednak nie jest to takie łatwe. Sam na początku tak myślałem, gdy na pierwszej wyprawie na ryby zerwałem po godzinie spinningowania dwie ryby, które mogły być moimi największymi okazami i to łowiąc na torfowisku o powierzchni nieprzekraczającej 2-3 ha. Oczywiście miałem pożyczony sprzęt-wędzisko, kołowrotek i kilka przynęt, w tym wypadku dżerków, które wielkością mnie przeraziły - kiedy położyłem jedną z przynęt na dłoni to niewiele jej brakowało do zajęcia całej jej powierzchni. Rozochocony tymi wynikami w następnym tygodniu stałem już nad tą samą wodą z pierwszym w moim życiu wędziskiem dżerkowym i pudełkiem przynęt. Jednak tym razem już nie było tak łatwo. Próbowałem wszystkich przynęt, na różne sposoby: wolno, szybko, jednostajnie zwijając, podszarpując itp. i …NIC. Nawet wyjścia do przynęty. Kilka kolejnych wypraw w to samo miejsce i szczupaki jakby się pod ziemię zapadły-martwa woda. Po kilku kolejnych wypadach nad to bagienko, jak je nazwałem przestałem się już więcej znęcać nad moim obolałym ramieniem i zmieniłem łowisko.

 

Kolejna miejscówka wyglądała podobnie, podobna charakterystyka wody-dołek torfowy „pośrodku niczego”. Istna dzicz, ale skoro w wodzie kilometr obok były ryby to dlaczego w tym zbiorniku miało ich nie być? Nie rozwodząc się dłużej nad tym pytaniem posłałem mojego SLIDERA 10 w kolorze makreli najdalej jak tylko potrafiłem i przynęta jeszcze była w locie a ja do kolegi walę taki tekst: „Nie wiem, czy w tym miejscu coś złapiemy bo…” i usłyszałem plusk mojej przynęty o taflę wody. Zacząłem zwijać zestaw i po trzech ruchach korbką” potężna siła” po drugiej stronie zestawu próbowała wciągnąć mnie do wody, a że stałem na skarpie to prawie się to zakończyło nieplanowaną kąpielą. Nawet nie zdążyłem dokończyć mojej wypowiedzi do „zielonego” w temacie wędkowania kumpla. On zajmując pozycję obok mnie posłał swojego SALMIAKA do wody wzdłuż brzegu z nadzieją, że też przeżyje wspaniałą przygodę i… po 5 minutach obaj mieliśmy ryby na brzegu. Mój pierwszy Esox Lucius w pierwszym rzucie na dziewiczej wodzie miał 79cm a jego „zaledwie” 68 czy cos takiego. Oczywiście poprzednie jeziorko już się nie liczyło dla mnie, skoro na nowym, w pierwszym rzucie miałem rybę i to jaką!!! Ale i tu okazało się, że następna eskapada była bezowocna. Udało mi się nawet popróbować swych sił w zimie, w grudniu i nic.

 

I znalazłem kolejne jezioro i kolejne poznawanie wody od nowa, już po sezonie spędzonym na bezowocnym czesaniu wody przynętami na różne sposoby postanowiłem, że będzie to jedyne jezioro na którym się skupię i poświęcę trochę więcej czasu niż dotychczas na pozostałych dwóch. I tak się też stało. Mój zwiad rozpocząłem od pogawędki ze sprzedawcą z wędkarskiego i on mi podpowiedział parę dobrych miejsc na tym akwenie. Było to stosunkowo duże jezioro w porównaniu do poprzednich bo „aż” około 15-20 ha. I po przyjeździe nad wodę okazało się, że tylko z jednego miejsca da się połowic, natomiast reszta brzegu była kompletnie niedostępna.

 

2009-08-002.thumb.jpg.01e3ce169ce2aae7760025108cb8db2e.jpg

 

I nasuwa się pytanie: zmieniać miejsce czy skupić się na tej wodzie? Otóż zacząłem od konkretnego poznawania tej wody. Po pierwsze znalazłem dogodne miejsce na brzegu, z którego mógłbym połowic na martwą z gruntu (żywiec w Irlandii zabroniony!!!) z w miarę wygodnym dojściem do wody, z wolnym pasem od trzcin i w niedalekiej odległości do parkingu. Wszystkie te czynniki odpowiadały mi jak najbardziej. Ale czy rybom to miejsce odpowiadało??? Odpowiedz przyszła już po kilku wyprawach. Okazało się, że głębokość w tym miejscu była „łowna” tzn. około 4m, jednak po kilku późniejszych, bezowocnych wyprawach okazało się, że taka sama głębokość byłą na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Po prostu był to podwodny blat, bez jakichkolwiek podwodnych atrakcji skupiających ryby. Mało tego wiatr z tej strony jeziora wiał głównie „w plecy” więc wszystkie drobne organizmy unoszące się w wodzie po prostu odpływały pod przeciwległy brzeg, wabiąc wszystkie mniejsze rybki, ulubiony pokarm drapieżników zamieszkujących ten akwen daleko poza zasięg moich zestawów. Pomocna okazała się również znajomość z poznanym nad tym zbiornikiem stały bywalcem – Tonym Somersem, irlandzkim wędkarzem, którego jak mnie zauroczyły „Zielone Damy”. On pokazał mi jego ulubione miejscówki, z których wyciągnął już sporo ryb powyżej 10 funtów, czyli 4,53kg (1 lbs=0.453kg) w zależności od pory dnia czy innych czynników i tak zaczęło się nasze wspólne wędkowanie.

 

2009-08-003.thumb.jpg.0c8af959a8de61a9d1a439901229926f.jpg

 

Nie podlega żadnej dyskusji, że czynniki atmosferyczne jak ciśnienie, wiatr (kierunek i prędkość), pora dnia czy fazy księżyca mają wpływ na nasze wyniki – jest to więcej niż pewne. Ale czy aby zawsze zrobiliśmy wszystko w celu zlokalizowania i sprowokowania do brania obiektów naszych westchnień, czyli tych największych ryb? Wiele razy nad wodą spotyka się wędkarzy którzy przyjeżdżając na łowisko rozpoczynają „wyścig szczurów”, aby tylko jak najszybciej dorwać się do obiecująco wyglądającego skrawka wody i po zarzuceniu zestawów rozsiadają się wygodnie w fotelach i czekają na branie. I przez następne kilka godzin, siedzą wciąż w tym samym miejscu i czekają na cud a najgorsze jest jak wędkarzowi kilkanaście metrów obok ryby biorą jak szalone. Wtedy winnymi całej sytuacji są: ciśnienie, faza księżyca, wszędobylskie kormorany pustoszące wodę, recesja, mięsiarze itd. itp. Chyba jest niewielu z nas, którzy po nieudanym dniu próbowało przeanalizować sytuację. Ja do niedawna byłem jednym z nich jednak teraz mam troszeczkę inne spojrzenie na ten temat.

 

Po pierwsze, gdy wybieram się na ryby to wybieram miejsce, z którego poprzednio już ktoś wyjął sporych rozmiarów okaz. Nie ma nic gorszego niż wyjazd na ryby nad wodę w której średnia długość poławianych ryb mieści się w przedziale ledwo ponad wymiar. Jeśli mamy do wyboru: wyjazd nad rzekę lub wyjazd nad malutką żwirownię, której brzegi często okupowane są przez tych samych wędkarzy (co można poznać po zaparkowanych w pobliżu samochodach), którzy wiecznie narzekają że tu nie ma ryb to ja wybrałbym tą pierwszą opcję. Z dwóch powodów: spektrum ryb w rzece, na które możemy zapolować jest o wiele szersze niż w żwirowni czy innym niewielki zbiorniku (nie myślę tu o żwirowniach dużych jak np. Czarna Sędziszowska), oraz drugi powód to zmienność struktury dna i ukształtowania brzegów w rzece pozwala nam na przeczesanie wszystkich ciekawie wyglądających miejscówek. No i na rzece nic nas nieograni cza do spakowania swojego sprzętu i poszukania nowego, bardziej obiecującego miejsca. W zasadzie nic oprócz ilości sprzętu jaki zabieramy nad wodę a z reguły wszyscy wiemy jak to wygląda w rzeczywistości: mamy ze sobą tyle tobołów, że czasami sami zastanawiamy się po co nam to wszystko.

 

Po drugie, jak tylko mam okazję to wybieram się na ryby z kompanem, gdyż nie ma nic lepszego niż możliwość odezwania się do kogoś, kto ma te same zainteresowania co my ale obecność drugiej osoby na łowisku to także dwie wędki więcej, które pozwolą szybciej przeszukać większą powierzchnię wody i wykorzystać wszystkie dostępne metody i przynęty. Często zdarza się, że zarzucamy nasz zestaw do wody tak po prostu, przed siebie, jak najdalej i siadamy wygodnie oczekując brania (też tak robiłem), nie mając pojęcia co pod wodą się dzieje. Czasami źle dobieramy metodę połowu do panujących warunków, np.; drapieżniki biją jak szalone w ławicę rybek a my łowimy z dna lub poza strefą żerowania. Ja wiem, że każdy po zauważeniu ataku ryby próbuje umieścić swój zestaw jak najbliżej. Jest to jak najbardziej trafna decyzja, z tym że musimy pamiętać o ostrożności z przerzucaniem zestawu, bo możemy uzyskać efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego.

 

Po trzecie, zacznijmy łowienie od wysondowania dna łowiska, w celu poszukania potencjalnych kryjówek naszych przeciwników z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Oprócz tego zwróćmy uwagę na występowanie pokarmu naturalnego na danym odcinku rzeki czy na danym łowisku. Jeśli zauważyliśmy oczkowanie drobnicy to podajmy naszą przynętę wielkością zbliżoną do żerujących uklei czy płoci czy innego białorybu. Starajmy się utrzymać nasz zestaw w strefie wody w której odkryliśmy występowanie pokarmu naturalnego. No dobrze, ktoś zapyta a co jeśli po przybyciu na łowisko nie stwierdzimy obecności żerujących drapieżników jednak o ich obecności w danym miejscu jesteśmy przekonani? Wtedy nie pozostaje nic innego jak eksperymentowanie z różnymi przynętami zaprezentowanymi na różne sposoby. Czasami są takie dni, że drapieżniki zupełnie ignorują sztuczne przynęty, więc może spróbować podać na zestawie żywą lub martwą rybkę? Ja wiem, że wiąże się to z noszeniem ze sobą dużej ilości sprzętu ale może właśnie to jest odpowiedź na tytułowe pytanie? Pamiętam kilkanaście lat temu, siedząc u ujścia Strugu do Wisłoka i łowiąc na żywca podanego na zestawie spławikowym podszedł do nas wędkarz z zapytaniem czy może sobie z boku porzucać. A dlaczego nie i tak w tym miejscu nic nam nie wzięło więc patrzyliśmy na gościa z politowaniem . Aż tu nagle widzimy faceta walczącego z niezłym kawałkiem „mięsa” i to pośrodku naszych zestawów!!! Musieliśmy zwinąć nasze wędki, aby hol zakończył się bezpiecznie i po chwili gościu podbierał szczupaka około 4-5kg. W szoku byłem!!! Zwykła wahadłówka czy inna błystka okazała się skuteczniejsza od apetycznych karasi??? Nie mogłem w to uwierzyć.

 

I najważniejszy chyba czynnik w całej tej układance to systematyczne łowienie w kilku wybranych przez nas miejscach, w których już mieliśmy kontakt z rybą lub słyszeliśmy od innych kolegów wędkarzy, co się raczej nie zdarza, gdyż każdy ma swoje tajemne miejscówki, których nawet na torturach nie wyjawi. Znajdźmy sobie kilka stanowisk, najlepiej z dala od innych i systematycznie próbujmy wszelkich możliwych sposobów aby tylko przechytrzyć nasze wyśnione okazy. Jeśli już wysuną Wam się jakieś wnioski z waszych zasiadek to proponuję robić szczegółowe notatki, zawierające informacje typu: kierunek wiatru, pozycja zarzuconych zestawów, głębokość, rodzaj i wielkość przynęty, temperatura powietrza (wody, o ile istnieje możliwość sprawdzenia), ciśnienie atmosferyczne, faza Księżyca i wiele innych czynników, które mogą wydawać się nieistotne lub błahe a zobaczycie, że w przyszłości zaowocuje to w postaci regularności w połowach ryb. Ja prowadzę takie notatki od lutego ubiegłego roku (sezon połowu Esoxa trwa na wyspie 365 dni) i po tak krótkim czasie, dochodząc do pewnych wniosków już wiem, kiedy warto spróbować swoich sił w starciu z wymarzonym okazem.

 

Najważniejsze na zakończenie dodam, że łowienie może być nieprzewidywalne i może nas zaskoczyć w każdej chwili i całkowicie zburzyć dotychczasowe nasze spostrzeżenia. Jednak nie załamujmy się od razu, zbieranie notatek trwa latami, najlepsi łowcy okazów na Wyspach mają „dzienniki” z przed 20 lat i nadal informacje w nich zawarte służą im do dziś. Jak wrócę w październiku tego roku to postaram się wykorzystać nabyte doświadczenie na naszym rodzimym Wisłoku. Wierzę, że są jeszcze miejscówki z których można wyciągnąć nie jeden okaz. Sam miałem kilkakrotny kontakt w tym samym miejscu (oczywiście go nie zdradzę) z „czymś” co w ogóle nie dało się podciągnąć do powierzchni i do dziś jestem przekonany, że mógł to być duży szczupak lub sum. Raczej upierałbym się przy tym pierwszym (choć suma nigdy nie złowiłem), gdyż zdecydowanie na wędce dało się wyczuć szamotanie łbem na boki, charakterystyczne dla „Zielonego Predatora” (predator z ang. znaczy drapieżnik). Myślę, że jesień tego roku zweryfikuje moje spojrzenie na to zagadnienie. Może dostanę od losu kubeł zimnej wody, na który to z utęsknieniem czekają forumowicze z innego portalu wędkarskiego. Zobaczymy jednak jedno jest pewne-zupełnie inne mam podejście do wędkowanie spędzając trzy lata w Irlandii.

 

2009-08-004.thumb.jpg.f6e61b653670ed305e25c57b31051acd.jpg

 

I jeszcze jedno, taki „ostatni rzut”: zachęcam do wypuszczenia Waszej pierwszej dużej zdobyczy, zobaczycie jaką to może sprawić frajdę. I nie na miejscu są uwagi, że nie miałem aparatu i musiałem ją (zdobycz) wziąć do domu, żeby udowodnić jakim jestem wędkarzem wyśmienitym. Ten pierwszy okaz na zawsze pozostanie w Waszej pamięci a wędkarstwo to nie dziedzina sportowa, w której trzeba coś komuś udowadniać. Wędkarstwo to sposób na miłe spędzenie wolnego czasu w otoczeniu wspaniałej przyrody i wspaniałego towarzystwa.

 

2009-08-005.thumb.jpg.1efdec1c001185f646a57b47c585cf5d.jpg

 

2009-08-006.thumb.jpg.46820cab4f604157ad2bd2eb1fd692b4.jpg

 

Połamania!!!

 

@mapet77

Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

×
×
  • Create New...

Important Information

Privacy Policy